Kulminacja zdarzeń nastąpiła w drugim tygodniu września. 11 września Izba Gmin odrzuciła projekt ustawy Terminally Ill Adults (End of Life) Bill stosunkiem głosów 286 do 270. 16 głosów różnicy wystarczyło, by zamknąć – przynajmniej na czas obecnej kadencji parlamentu trwającej do przyszłego roku – dwuletnią batalię o „prawo do śmierci”. Zwycięstwo środowisk pro-life jest jednak kruche. I, jak pokazuje historia ostatnich dwóch lat, niczego w tej sprawie nie przesądza na zawsze.
Wynik wrześniowego głosowania to w istocie odwrócenie tego, co Izba Gmin zdecydowała jeszcze rok wcześniej. W czerwcu 2025 roku projekt ustawy autorstwa posłanki Partii Pracy Kim Leadbeater przeszedł trzecie czytanie stosunkiem głosów 314 do 291 i trafił do Izby Lordów. Tam utknął: przeciwnicy zgłosili blisko 1200 poprawek, a wiosną 2026 roku stało się jasne, że nie zdąży zaliczyć pełnej procedury przed końcem sesji. Ustawa wobec tego formalnie upadła.
Do sprawy wróciła już w czerwcu 2026 roku inna posłanka Partii Pracy, Lauren Edwards, wnosząc nową wersję projektu. Miał on umożliwić dorosłym mieszkańcom Anglii i Walii, u których zdiagnozowano chorobę terminalną z rokowaniem poniżej sześciu miesięcy, ubieganie się o pomoc w zakończeniu życia – po uzyskaniu zgody dwóch lekarzy i komisji ekspertów. Debata w drugim czytaniu trwała ponad cztery godziny, a rząd – jak poprzednio – zachował neutralność, pozostawiając posłom głosowanie zgodnie z sumieniem, nie linią partyjną.
Szeroki front
Kluczem do sukcesu przeciwników ustawy okazało się to, czego brytyjskiej polityce ostatnich lat tak wyraźnie brakowało: zjednoczenie. Przeciwko projektowi wystąpił nie tylko Kościół katolicki (arcybiskup Westminsteru Richard Moth nazwał go „w zasadzie błędnym” i „głęboko wadliwym”), ale też Kościół anglikański, którego zwierzchniczka, arcybiskup Canterbury Sarah Mullally, przypomniała, że „społeczne zobowiązanie do zapobiegania samobójstwom powinno obejmować także osoby nieuleczalnie chore”. O ile jeszcze kilka lat temu obie te wspólnoty rzadko przemawiały w takich sprawach jednym głosem, o tyle tym razem właśnie tak uczyniły, odstawiając na bok różnice teologiczne, a skupiając się na samym sednie.
Arcybiskup Liverpoolu John Sherrington, odpowiedzialny w episkopacie za kwestie obrony życia, po ogłoszeniu wyniku podziękował wszystkim zaangażowanym w kampanię: lekarzom, prawnikom, organizacjom zrzeszającym osoby z niepełnosprawnościami, przedstawicielom różnych wspólnot religijnych, a także osobom niewierzącym. „Prawdziwą miarą społeczeństwa pełnego współczucia jest gotowość do wspierania ludzi w trudnych chwilach, a nie zachęcanie ich do śmierci” – podkreślił.
Nie zabrakło też apeli o rozwój opieki paliatywnej jako realnej alternatywy – ten wątek podnosiła również laburzystka Ashley Dalton, była minister zdrowia, która po diagnozie terminalnego raka piersi przekonywała, że dopóki nie każdy chory ma dostęp do odpowiedniej opieki, trudno mówić o prawdziwym wyborze.
Kontynent podzielony
Odrzucenie ustawy w Westminsterze wpisuje się w szerszy obraz Europy, na której mapie prawo do śmierci od dekad dzieli, a nie łączy. Aktywną eutanazję – śmiercionośny zastrzyk podawany przez lekarza – dopuszczają dziś jedynie Holandia, Belgia i Luksemburg, do których w różnym zakresie dołączyły też Hiszpania i Portugalia. Francja jest o krok od powiększenia tego grona: latem 2026 roku Zgromadzenie Narodowe przyjęło ustawę o „pomocy w umieraniu” stosunkiem głosów 291 do 241, a ostateczne rozstrzygnięcie zapadnie w Senacie. Co ciekawe, przeciwko projektowi opowiedziało się skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe – ugrupowanie, które dotąd trzymało się z dala od tego typu sporów cywilizacyjnych.
Zupełnie inną drogą poszła Szwajcaria, gdzie wspomagane samobójstwo – bez konieczności udziału lekarza – jest legalne już od 1942 roku. To tam działa organizacja Dignitas, z usług której korzystają co roku setki zagranicznych „turystów-samobójców”, w tym Polacy. Podobnie liberalną ścieżkę obrała Austria, gdzie po wyroku tamtejszego Trybunału Konstytucyjnego w 2022 roku wprowadzono instytucję „testamentu zgonu” (choć, w odróżnieniu od Szwajcarii, aktywna eutanazja pozostaje tam zabroniona). W Niemczech z kolei prawo dopuszcza jedynie eutanazję pośrednią: podawanie środków łagodzących ból, które przy okazji przyspieszają śmierć, oraz niekaralne towarzyszenie choremu w podróży do Szwajcarii.
Najbardziej wymownym ostrzeżeniem dla zwolenników liberalizacji pozostaje jednak Słowenia. Po referendum z 2024 roku, w którym 55 proc. głosujących poparło wspomagane umieranie, tamtejsza Rada Narodowa latem 2025 roku zawetowała ustawę jako niezgodną z zasadami etycznymi. Kolejne referendum w tej sprawie zakończyło się już wyraźną porażką reformatorów, zbierając 53,4 proc. głosów przeciw.
Warto przy tym pamiętać, że deklaratywne poparcie społeczne dla „prawa do śmierci” bywa w Europie wysokie nawet tam, gdzie żadna ustawa ostatecznie nie przechodzi. Szwajcarski sondaż przeprowadzony w dwunastu krajach zachodniej Europy pokazał, że aż trzy czwarte badanych (a w Niemczech nawet 87 proc.) uważa, iż człowiek powinien mieć prawo samodzielnie zdecydować, kiedy i jak umrze. Skąd więc tyle porażek ustaw? Odpowiedź leży w szczególe: sondaż pyta o ogólną sympatię, a parlament głosuje nad konkretnymi, dopracowanymi w detalach przepisami. Kampanie pro-life skutecznie przenoszą debatę właśnie na ten grunt – z abstrakcyjnego pytania o „prawo wyboru” na konkretną polemikę w kwestii zabezpieczenia przed nadużyciami wobec osób starszych, chorych psychicznie czy niepełnosprawnych.
Walka trwa
Mimo klarownego wyniku głosowania nikt w Westminsterze nie traktuje sprawy jako zamkniętej raz na zawsze. Zwolennicy ustawy zapowiedzieli już, że będą chcieli wrócić do tematu, a ponowne wniesienie podobnego projektu w kolejnej sesji parlamentarnej jest w brytyjskim systemie tylko formalnością proceduralną. Ten sam scenariusz – porażka zwolenników, po której temat wraca po miesiącach lub latach w nieco zmienionej formie – powtarza się dziś niemal w każdym kraju, gdzie toczy się ta debata, od Słowenii po Hiszpanię.
Lekcja płynąca z Wysp jest więc równie prosta, jak niewygodna: pojedyncze zwycięstwo w parlamencie nie kończy sporu o to, czym jest ludzkie życie u jego kresu. Skuteczność środowisk pro-life w Westminsterze wzięła się nie z przypadku, lecz z konsekwentnej, wielomiesięcznej pracy u podstaw: budowania koalicji ponad podziałami wyznaniowymi i politycznymi oraz cierpliwego docierania do samych decydentów. I to jest lekcja dla nas wszystkich, pokazująca, że to właśnie ten model, a nie jednorazowy sukces, powinni dziś studiować obrońcy życia w innych częściach Europy. Bo w tej debacie, jak uczy przykład Wysp, żadna bitwa nie jest ostatnią.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









