Chiny nie odpuszczają chrześcijanom

Aresztowania podczas nabożeństw i represje wobec niezależnych wspólnot protestanckich pokazują, że chińskie władze nadal nie tolerują Kościołów pozostających poza państwową kontrolą. To model, który powinien budzić niepokój także na Zachodzie.
Czyta się kilka minut
Msza św. w Chinach / fot. PAP
Msza św. w Chinach / fot. PAP

W niedzielę 14 czerwca zgromadzeni na nabożeństwach wierni Przymierza Porannego Deszczu nie doczekali końcowego błogosławieństwa. Tego dnia w chińskim mieście Dziangjou (prowincja Syczuan, sąsiadka Tybetu) władze dokonały nalotu na główne zgromadzenie tego protestanckiego Kościoła. Aresztowano dwóch starszych zboru, którzy do obecnej chwili pełnili kierownicze role w Przymierzu. W tym samym czasie podobne akcje miały miejsce w kilkunastu innych kongregacjach tego wyznania, rozmieszczonych na terenie całego Syczuanu oraz innych chińskich prowincji.

Nie wiemy, co działo się w tych innych miejscach, natomiast mamy dość dokładne informacje z przebiegu nalotu w Dziangjou. W samo południe 50 policyjnych komandosów wdarło się do sali nabożeństwa, wywlekając stamtąd kilkadziesiąt osób, które zamknięto w radiowozach i odwieziono na przesłuchania. Trwały one cały dzień i niczego konkretnego reżimowi nie dały, bo cóż kompromitującego można wyciągnąć od modlącego się ewangelika? Późnym wieczorem aresztowanych wypuszczono, za wyjątkiem wspomnianych dwóch starszych zboru: Jan Hong i Wu Wuking przetrzymywani są dotąd za kratkami.

Pozostałym w sali wiernym kazano siedzieć bez ruchu na krzesłach i zabroniono im śpiewania religijnych hymnów. Wypuszczono ich, uprzejmie, już po kilku godzinach.

Religijne „podziemie”

Nie wiadomo, co im się zarzuca, poza samym faktem sprawowania religijnych funkcji. Przymierze Porannego Deszczu (nazwa nawiązuje do wersetu psalmu 84, w którym wczesny deszcz okrywa błogosławieństwem Dolinę Łez) uchodzi bowiem za Kościół „podziemny”. Tak nazywa się w Chinach wspólnoty religijne, które nie chcą podporządkować się państwu. A podporządkowanie w Państwie Środka nie oznacza bynajmniej, jak u nas, niezbędnego minimum obywatelskiej lojalności, lecz pełną kontrolę. Nic więc dziwnego, że autentyczne wspólnoty wyznaniowe nie chcą uznać tej przemocy, która w istocie pozbawia wiernych przywództwa obdarzonego moralnym autorytetem. Tym przypina się efektowną łatkę „podziemia”, kojarzącą się raczej z wysadzaniem torów, niż pokojową walką o prawa religijne.

Na tej zasadzie przez dekady chińscy katolicy podzieleni byli na wiernych Kościoła „oficjalnego” oraz „podziemnego”. Niestety papież Franciszek uwierzył w zapewnienia chińskich komisarzy do spraw religii i przekazał im w jurysdykcję „podziemne” struktury katolickie, co skończyło się całkowitym cezaropapizmem na modłę Pekinu, z państwowymi urzędnikami będącymi faktycznymi głowami diecezji. Autentyczny Kościół w Chinach zapewne istnieje nadal, ale jest odtąd tak głęboko ukryty, że nie dochodzą nas z jego strony żadne wiadomości.

O Kościół niezależny 

W tej sytuacji bardziej niepokorni protestanci są w istocie największą, najbardziej dynamiczną i rosnącą w siłę chińską grupą religijną. Chodzi tu głównie o nowe ruchy, często – nie zawsze słusznie – zwane sektami, będące nadto w kontakcie z bliźniaczymi denominacjami na Zachodzie. A Pekin bardzo nie lubi, gdy któryś z podległych mu obywateli zadaje się ideowo z Europą lub Ameryką. Co innego interesy: te można i należy robić wszędzie, pod warunkiem odpalania haraczu państwu.

W teorii państwo wzięło „pod czapę” Kościoły protestanckie jeszcze za wczesnego Mao. W 1954 roku utworzono Patriotyczny Ruch Trójsamodzielności, któremu podlegają odtąd wszystkie protestanckie związki wyznaniowe, zarejestrowane na państwowej liście. „Trójsamodzielność” – cóż to za dziwoląg? Chodzi o zasadę przyjętą w Chinach jeszcze w XIX stuleciu, i to, paradoksalnie, przez misjonarzy przybyłych z Zachodu. Starali się oni zaszczepić chrześcijaństwo tak szybko i mocno, aby chińskim wyznawcom nie była już potrzebna „pomoc” z zewnątrz. Symbolem tej tendencji stały się hasła samorządności, samofinansowania i „samonawracania” (misja wewnętrzna) chińskich Kościołów. Komunistyczny reżim, na swój sposób, przerobił jednak tę pierwotnie słuszną ideę na ideologię, w której piętnuje się związki chrześcijan z Zachodem, zaś jako na jedynego religijnego suwerena wskazuje się na państwo.

Założyciel Przymierza, Wang Ji, wychodził właśnie z założenia sprzeciwu wobec takiej wizji związku Kościoła z państwem. Profesor uniwersytetu w Chengdu, stolicy Syczuanu, swego czasu zaliczany był do „pięćdziesięciu najbardziej wpływowych intelektualistów Chin”. Aż do momentu, w którym w 2005 roku przeżył nawrócenie, porzucił pracę akademicką, założył koloratkę i zajął organizowaniem nowej wspólnoty. W trzy lata później powstało Przymierze.

Władze od początku odnosiły się wrogo do kolejnego Kościoła protestanckiego, który nie uznaje ich narzuconej hierarchii. Pastor Wang Ji wielokrotnie zatrzymywany był na przesłuchania, szczególnie od czasu, gdy po kraju krążyć zaczęła Deklaracja Nieposłuszeństwa Osoby Wierzącej jego autorstwa. Przymierze Porannego Deszczu jest dla Pekinu niebezpieczne także dlatego, że jako nurt prezbiteriański utrzymuje ścisłe kontakty ze współwyznawcami z USA. Wang Ji stał się w tym kraju popularny do tego stopnia, że w Białym Domu przyjął go na audiencji sam George W. Bush.

Tego reżim ścierpieć już nie mógł. W 2018 roku pastora skazano na dziewięć lat więzienia – za „podżeganie do obalenia władzy” i oczywiście „nielegalne operacje handlowe” (ulubiony chwyt komunistów). Siedzi tam do tej pory, został mu jeszcze rok. Na wolności jego zastępcami byli dotąd Jan Hong i Wu Wuking.

Nadzieja i zagrożenie

Przymierze nie jest jedynym prześladowanym protestanckim Kościołem. W październiku ubiegłego roku analogiczną policyjną akcję przeprowadzono wobec Kościoła Syjonu. W siedmiu chińskich miastach jednocześnie zatrzymano kilkudziesięciu aktywistów tej wspólnoty, zaś przełożony zboru Ezra Dzin trafił do więzienia.

Ale protestanckie „podziemie” nadal trwa. Wierni spotykają się w tzw. kościołach domowych, w salach i salkach domów prywatnych lub zaprzyjaźnionych firm. Policyjne naloty, przeprowadzane od czasu do czasu, nie są w stanie tej aktywności zastopować. Nawet gdy aresztuje się lidera, wspólnota wybiera nowego.

Według ostatniej dostępnej statystyki w 2018 roku mieszkało w Chinach 44 mln chrześcijan, z czego duża, prawdopodobnie przeważająca część to protestanci. W rzeczywistości statystyka nie objęła jednak wiernych gromadzących się w kongregacjach „podziemnych”. Faktyczna liczba chrześcijan może więc być znacznie wyższa.

Prześladowania chrześcijan w Chinach trwały właściwie zawsze, a teraz, w porównaniu z przeszłością, są zdecydowanie mniej drastyczne. Są jednak dowodem na to, jak państwo, w miękkich rękawiczkach, może skutecznie podporządkować sobie Kościoły. Dowodem niepokojącym także dla nas, gdyż chiński model może być stosunkowo łatwo importowany w państwach Zachodu. Przesadna groźba? Przypomnijmy zasadę konwergencji. Skoro Chiny upodobniają się do nas, dlaczego my nie mielibyśmy, pod tym względem, upodobnić się do nich?

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 26/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Protestanckie „podziemie” nadal trwa