Specjalną operacją nazwała rosyjskie wybory ekspertka polskiego Ośrodka Studiów Wschodnich, Maria Domańska, nawiązując do lansowanej przez Kreml nazwy wojny na Ukrainie. W zasadzie nikt nie miał wątpliwości, że wyniki głosowania zostaną mocno „poprawione”, jednak skala tych poprawek zaskoczyła. Według oficjalnych informacji przy najwyższej od lat frekwencji, mającej wynosić niemal 60 proc., putinowska Jedna Rosja dostała 58 proc. głosów, zwyciężając w 209 z 225 okręgach jednomandatowych. Dało to partii 349 miejsc w 450 osobowej izbie niższej. Radio Swoboda zwraca uwagę, że aż 148 z nowych deputowanych jest powiązanych z wojną: 46 to weterani „specjalnej operacji wojskowej”, pozostali byli propagandystami, korespondentami wojennymi lub organizatorami zbiórek na rzecz armii. Na drugim miejscu uplasowała się Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (13,5 proc.), dalej nacjonalistyczna Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (9 proc.), Nowi Ludzie – ugrupowanie kontrolowane przez Kreml, ale uważane za najmniej prowojenne (8 proc.) i na koniec kolejna kremlowska przystawka – Sprawiedliwa Rosja. Jedyną naprawdę opozycyjną partię Jabłoko 10 sierpnia Sąd Najwyższy Rosji wykreślił z list wyborczych, zarzucając jej nielegalną agitację wyborczą, finansowanie z zagranicy oraz wspieranie ekstremizmu, czyli wzywanie do zakończenia wojny. Tymczasem niezależne szacunki wskazują, że realny wynik Jednej Rosji oscylował wokół 34 proc., natomiast realna frekwencja została oceniona na ok. 40 proc. W tej sytuacji nic dziwnego, że próbujący nagłośnić fałszerstwa analityk został aresztowany i oskarżony o posiadanie narkotyków.
Cytowana na początku Maria Domańska zauważa, iż trwające od 18 do 20 września głosowanie rosyjska władza traktowała nie tyle jako wybory, co plebiscyt poparcia dla kontynuowania wojny na Ukrainie i eskalowania konfliktu z Zachodem. Jednocześnie był to sprawdzian sprawności oraz lojalności aparatu administracyjnego. Sprawdzian się udał, plebiscyt przyniósł pożądane rezultaty. Władimir Putin oficjalnie dostał zgodę narodu na kontynuowanie „specjalnej operacji wojskowej”. Pytanie: na jak długo?
Zapłacą za wojnę
Na briefingu po ogłoszeniu oficjalnych wyników lider komunistów Giennadij Ziuganow ostro skrytykował zarówno przebieg wyborów, jak i politykę gospodarczą i wojskową Kremla. – Jeżeli nic się nie zmieni i ta wyniszczająca wojna między Rosją a Ukrainą będzie trwała nadal, wszyscy przegrają – grzmiał Ziuganow, grożąc powtórką z 1917 roku. Byłoby to zaskakujące, gdyby nie fakt, że nie po raz pierwszy lider komunistów demonstruje takie opinie. Bardzo podobne ostrzeżenia Ziuganow wygłosił w kwietniu tego roku, a mimo to jego partia nie została z list wyborczych wykreślona. Interesujące wydaje się co innego – już wówczas Ziuganow zaproponował, aby państwo przejęło 130 mld rubli (to równowartość 1,6 mld dolarów) z rachunków osób prywatnych i przedsiębiorstw na finansowanie działań wojennych oraz zaradzenie kryzysowi gospodarczemu. Teraz zwrócił tylko uwagę na pogłębiające się nierówności społeczne, wskazując, że liczba rosyjskich miliarderów w ciągu ostatnich lat wzrosła ze 105 do 155, podczas gdy cena podstawowych artykułów spożywczych w ostatnim roku zwiększyła się o 40 proc.
Jeszcze na 10 dni przed głosowaniem pytany o ewentualne podniesienie podatków rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow zapewniał, że „o tym w ogóle nie ma mowy”, a minister finansów Anton Siłuanow nazwał pogłoski o zwiększeniu opodatkowania „fałszywymi wrzutkami informacyjnymi”. Cztery dni po wyborach obietnice poszły w niepamięć. Ministerstwo finansów zapowiada objęcie podatkiem do 22 proc. tzw. odsetek od lokat, dywidend, zysków z operacji giełdowych, sprzedaży majątku oraz umów ubezpieczenia i darowizny. Oblicza się, że może to przynieść budżetowi państwa od 500 do 700 mld rubli rocznie. Kolejną propozycją jest wprowadzenie 22 proc. podatku VAT od zakupów w zagranicznych sklepach internetowych, przewidziano także opłatę w wysokości 100 rubli od przesyłek z zagranicy. Jednocześnie Rada Federacji, wyższa izba parlamentu, proponuje podniesienia podatków dla samozatrudnionych. Z kolei dla dużych firm ma się wprowadzić „podatek od nadzwyczajnych zysków” w wysokości od 20 do 30 proc. dodatkowego dochodu. Naciskany przez dziennikarzy Pieskow stwierdził, że o tych zmianach nic nie wie i odesłał do ministerstwa finansów, które otwarcie przyznało, że „zaplanowane środki pozwolą zapewnić wyposażenie sił zbrojnych w niezbędna broń i sprzęt wojskowy, modernizację zakładów kompleksu obronno-wojskowego, wypłatę żołdu żołnierzom oraz wsparcie dla ich rodzin”. Jednym słowem, poparliście, kochani wyborcy, naszą politykę, to teraz płaćcie i nie próbujcie protestować.
Niepopularne kroki przerzucające rosnące koszty wojny nie tylko na zamożniejszych obywateli czy wielki biznes, ale także na zwykłych konsumentów mogą mieć podwójne wytłumaczenie. Po pierwsze Putin, będąc świadomy „cudów nad urną”, może nie zdawać sobie sprawy z ich skali, czyli wierzy w poparcie większości Rosjan dla swoich działań. Po drugie, posłuszna Duma Państwowa, w której w dodatku zasiadło ponad 100 związanych z wojną deputowanych, gwarantuje poparcie dla każdej propozycji Kremla, w tym także dotyczącej ewentualnej mobilizacji. Władze co prawda stanowczo dementują wszelkie pogłoski na ten temat, ale wykluczyć takiego kroku nie można. Na razie pewne wydaje się jedno: determinacja rosyjskiego prezydenta w kontynuowaniu zarówno wojny z Ukrainą, jak i hybrydowych ataków na Zachód.
Na protesty się nie zanosi
Problem w tym, że jak zauważają eksperci, rosyjskie wybory odbyły się na tle rosnącego niezadowolenia zarówno elity polityczno-biznesowej, jak i społeczeństwa. Od początku tego roku Rosjanie na własnej skórze zaczęli bowiem odczuwać skutki wojny. Regularne ataki ukraińskich dronów na infrastrukturę energetyczną i logistyczno-transportową doprowadziły do kryzysu na rynku paliw. Do tego doszło, skutkujące wzrostem cen, zniszczenie magazynów największych sieci handlu internetowego Wildberries. Bardzo źle większość Rosjan przyjęła także ograniczenia internetu wprowadzone jakoby dla poprawy bezpieczeństwa państwa. Kryzys gospodarczy odbija się na szkolnictwie, służbie zdrowia, infrastrukturze komunalnej.
Tyle że jak dotąd nie widać oznak, aby złe nastroje mogły przerodzić się w otwarty sprzeciw. Owszem, zainteresowanie emigracją wzrosło do najwyższego poziomu od jesieni 2022 roku, a rosyjskie elity na większą skalę wyprowadzają środki za granicę i lokują rodziny w bezpiecznych krajach. Jednocześnie jednak ponad połowa badanych przez niezależne Centrum Lewady Rosjan przywyka do myśli, że wojna będzie trwać długo.
W swojej analizie dla Ośrodka Studiów Wschodnich Maria Domańska przewiduje, że w najbliższej przyszłości Kreml będzie „za wszelka cenę dążył do przełamania niekorzystnej dla siebie sytuacji na froncie (…) licząc, iż zwycięstwo w konflikcie zaowocuje autentycznym wzrostem poparcia dla Putina, zanim Rosja pogrąży się w poważnym kryzysie gospodarczym”. Ostatnie wzmożone bombardowanie ukraińskich miast oraz powtarzające się tzw. hybrydowe ataki na państwa NATO (drony, podpalenia ważnych obiektów itp.), wreszcie straszenie możliwością otwartej akcji przeciwko któremuś z państw Wschodniej Flanki Sojuszu Północnoatlantyckiego potwierdzają tę opinię. Przy czym warto zdać sobie sprawę, że ostatnie wybory do Dumy świadczą bardziej o sprawności kremlowskiego aparatu niż realnej sile rosyjskiego prezydenta. Putin jest silny przede wszystkim słabością Zachodu, niepotrafiącego zdecydowanie odpowiedzieć na prowokacje Moskwy.
Maria Przełomiec
Specjalizuje się w tematyce związanej z państwami byłego ZSRR; w latach 1990–2006 była korespondentem Sekcji Polskiej BBC, a w latach 2007–2023 prowadziła na antenie TVP Info program Studio Wschód; dziś publicystka „Gościa Niedzielnego”
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









