Numer 532

Setki osób zatrzymano, kilkadziesiąt postawiono przed sądem. Wołanie o sprawiedliwość zdławiono jeszcze większą niesprawiedliwością. Jeszcze raz o Poznańskim Czerwcu – tym razem już po obchodach jego 70. rocznicy.
Czyta się kilka minut
Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe

Uczniowie już 23 czerwca rozpoczęli swoje wakacje. Mijały kolejne dni upalnego lata, a w mieście rozpoczęły się Międzynarodowe Targi. Kolejny czwartek miał być dla młodzieży kontynuacją letniej laby. Ilu z nich znalazło się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie? Gdyby nawet założyć, że porwał ich nurt wydarzeń, to poruszały one strunę, która sprawiała, że chcieli w nich dalej uczestniczyć. 

Podejrzany Wardejn Zdzisław 

Historia popularnego aktora, Zdzisława Wardejna, stała się kanwą spektaklu Zdzisiek w poznańskim Teatrze Nowym. Podczas premiery obecny był sam główny bohater, który w kilku dowcipnych słowach podsumował wydarzenie. Sprawa faktycznie była dużo poważniejsza niż opowiedziana teraz, po siedmiu dekadach. Otóż Wardejn został zatrzymany po wprowadzonej naprędce godzinie policyjnej na ul. Polnej, przewieziony na komendę milicji przy ul. Matejki, a następnie do punktu filtracyjnego na poznańskiej Ławicy. Wrócił do domu po trzech dniach. Na stole leżał wystawiony na jego dane akt zgonu, bo gdy on był przesłuchiwany, matka – w tym  czasie poszukując syna – zidentyfikowała jedno z ciał w szpitalu przy ul. Szkolnej. Pogrzeb Zdziśka Wardejna miał odbyć się 2 lipca. Właściwie – odbył się, tylko w mogile położono Kazimierza Wieczorka, 25-letniego tramwajarza i aktywnego uczestnika wydarzeń.

W bardzo dynamicznym spektaklu Tomasza Mana pokazano społeczne tło tej historii. Pochodzenie rodziny matki (Martyna Zaremba-Maćkowska) wprost z nieistniejącej już szlachty, żyjącej wspomnieniem czasów, gdy w czynnościach domowych wyręczały ją służące. Jej pragmatyczne wysłanie syna do technikum energetycznego, by „miał w ręku fach”, rozczarowanie, gdy oświadczył, że chce zostać aktorem. Z kolei po tragicznych wydarzeniach upór, by znaleźć syna, choćby jego ciało, i godnie się z nim pożegnać. Reżyser i scenarzysta do niemożliwości rozdmuchuje fantazje na temat tego, jak mogła wyglądać rozmowa Wardejnowej z lekarzem w kostnicy, prokuratorką, szefem, który waha się przed wypłaceniem zasiłku pogrzebowego. Starcie dobra i zła zaowocowało groteskowością, emfatycznymi mowami matki i jej siostry, głupawymi, a jakże, ubekami. Obok tego mamy tytułową rolę, graną przez Bartosza Włodarczyka, przekonującą. Zdzisiek, zgodnie z prawdą, chroni się w bramie przy ul. Kochanowskiego, zgodnie z prawdą odprowadza niedawno poznaną koleżankę na ul. Kościelną i zostaje złapany dwie ulice dalej. Choć karykaturalni byli (co przyznał „prawdziwy” Wardejn) kolejni ubecy, to przesłuchiwany chłopak nikogo nie wsypuje, wie, że musi powtarzać taką samą wersję wydarzeń, bo najmniejsze zająknięcie może zostać obrócone przeciwko niemu.

Chciałoby się zobaczyć w tej postawie 16-letniego chłopca grę z bezpieką. Do takiej jednak nie są potrzebne zdolności aktorskie, a zdolność podążania za przyzwoitością. Wardejn „odzyskał życie” dopiero po prawie trzech miesiącach, kiedy przeprowadzono odpowiednią rozprawę sądową. Marzenie o byciu aktorem zrealizował.

Gapie i ciekawscy 

„W wielotysięcznym tłumie dominowali mniej czy więcej przypadkowi obserwatorzy: «gapie», «ciekawscy», «kibice» itd. Bez ryzyka błędu można powiedzieć, iż bardzo wielu (większość?) z tych ludzi patrzyło na to, co rozgrywało się na ulicach z niemałym zdziwieniem, niedowierzaniem, ale zarazem często i z satysfakcją, zadowoleniem, a niejednokrotnie […] z radością. To był dla wielu Poznaniaków chwilowy «łyk wolności»” – twierdził prof. Jerzy Eisler podczas konferencji z okazji 50. rocznicy Czerwca.

Niemniej jednak, po zażyciu owego „łyku wolności” władze komunistyczne rozpoczęły szeroko zakrojoną akcję represji wobec uczestników protestów. Wśród zatrzymanych znalazło się wielu młodych ludzi – robotników, uczniów i studentów, którzy brali udział w demonstracjach lub zostali o to podejrzani. Łącznie aresztowano setki osób. Wielu zatrzymanych było przesłuchiwanych przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, często w bardzo trudnych warunkach. Stosowano wobec nich presję psychiczną, groźby oraz próby wymuszenia zeznań obciążających innych uczestników zajść. Niech dotkliwym przykładem takiego traktowania będzie wypis z ustaleń śledztwa IPN w sprawie Czerwca ’56, w którym prokurator o funkcjonariuszu MO Marianie S. pisze, że w celu „przyznania się do popełnienia zarzucanych mu czynów i złożenia określonych wyjaśnień, znęcał się fizycznie i moralnie nad nim w ten sposób, że groził mu pozbawieniem życia przy użyciu pistoletu i uderzył go nim kilkukrotnie w głowę, a następnie, wspólnie i w porozumieniu z innymi nieustalonymi funkcjonariuszami MO, bił go rękoma i pałką po całym ciele”.

Młodzi ludzie trafiali do aresztów pod zarzutami udziału w zamieszkach, atakach na funkcjonariuszy państwowych czy niszczeniu mienia publicznego. Władze początkowo przedstawiały protestujących jako „chuliganów”, „prowokatorów” i osoby działające przeciwko państwu. Miało to uzasadnić represje oraz zniechęcić społeczeństwo do popierania protestów. Najgorsze działo się jednak tygodnie i miesiące później. Część z nich miała problemy ze znalezieniem pracy lub kontynuowaniem nauki. Pozostawali pod obserwacją służb bezpieczeństwa, a informacje o ich udziale w wydarzeniach czerwcowych znajdowały się w aktach państwowych przez wiele lat. Wielu uczestników protestów nosiło także psychiczne skutki pobytu w areszcie i przesłuchań. Były takie osoby, które przyjechały do Poznania „za chlebem” i wróciwszy do swoich miejscowości, byli wytykani palcami.

Jan Biegański miał 20 lat i 28 czerwca 1956 roku w ogóle nie planował uczestniczyć w demonstracji. Jak sam wspominał po latach, umówił się z kolegami do kina. Kiedy znalazł się na ulicy, porwał go tłum demonstrantów. Z ciekawości i pod wpływem atmosfery przyłączył się do ludzi maszerujących przez miasto. Z czasem wydarzenia zaczęły się radykalizować – znalazł się m.in. przy więzieniu na Młyńskiej, które zostało opanowane przez demonstrantów. Wieczorem, gdy wracał do domu, został zatrzymany. Miał przy sobie amunicję, co dla władz było wystarczającym powodem do uznania go za groźnego uczestnika „rozruchów”. Jesienią 1956 roku oskarżono go w tzw. procesie dziewięciu; początkowo groziła mu nawet kara śmierci, ostatecznie skazano go na 2 lata i 6 miesięcy więzienia. Po wyjściu z aresztu pracował jako kierowca, także zmieniając pracodawców, to po konflikcie z członkiem ORMO, a później za działalność w „Solidarności”.

Jerzy Majchrzak miał zaledwie 14 lat. Nie był robotnikiem ani uczestnikiem strajku. Tego dnia służył do mszy i stał w kolejce po chleb. Gdy zobaczył tłum idący przez miasto, poszedł za nim z ciekawości. Sam określał się później jako „przypadkowy uczestnik”. Znalazł się nawet przy więzieniu na Młyńskiej podczas uwalniania więźniów. Gdy dorósł, został elektrotechnikiem, ale na jego życie rzucił się cień tragedii i to znów z powodu komunistów. Otóż w 1982 roku w niewyjaśnionych okolicznościach został pobity jego 19-letni syn, Piotr Majchrzak, z dużym prawdopodobieństwem sprawcami byli funkcjonariusze ZOMO, co czyniło go jedną z najmłodszych ofiar stanu wojennego.

W cieniu konsekwencji

Tytułowy numer 532 figuruje pod fotografią Zdzisława Wardejna w milicyjnych kartotekach. Do każdej z tych twarzy można by dodać historię życia, niejednokrotnie złamanego, bo władze komunistyczne nie odpuszczały tak łatwo. Zaraz po wydarzeniach w „Raporcie UB” z 8 sierpnia, podsumowującym zatrzymania, wskazano, iż łącznie zatrzymano 746 osób, wobec 323 zastosowano areszt i wszczęto śledztwo. Wielu z nich wzywanych było na komendy w kolejnych latach, przesłuchiwanych, szantażowanych i rozpracowywanych. Przyznać trzeba, że to „nieodpuszczanie” działało też w drugą stronę, o czym przekonuję się po lekturze książki Tam i z powrotem, autorstwa badacza najnowszej historii Poznania Piotra Grzelczaka.

Choć przyjęło się mówić, że czerwcowe wydarzenia z roku 1956 roku przytępiły chęć Poznaniaków do buntu, to jednak pojawiały się jego symptomy: pierwsze powojenne Juwenalia w grodzie Lecha w 1957 roku pod pozorem publicystyki z przymrużeniem oka wznosiły niepoprawnie politycznie hasła, a nawet na specjalnej lawecie kukłę bezrękiego premiera Cyrankiewicza (czym odpłacili się za groźby w przemówieniu do Poznaniaków rok wcześniej). Mimo zmasowanych akcji dożynek, wizyty samego Chruszczowa, a potem wielkich obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego, to jednak Millennium Chrztu Polski Poznaniacy wybrali nogami, porzucając państwowe obchody. Znów studenci aktywni byli w 1968 roku, potem w końcu lat 70. i 80., zakładając Studenckie Komitety Solidarności i Niezależne Zrzeszenie Studentów. Widać raz wziętego haustu wolności nie da się tak łatwo wydusić ze społeczeństwa.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 27/2026