Miłuj bliźniego swego

Z miłością do Boga i miłością bliźniego jest jak z boskością i człowieczeństwem w Chrystusie. Są one odrębne, ale ani nieoddzielone od siebie, ani niezmieszane ze sobą. A jednak pozostają w trudnej do pojęcia przez nas jedności.
Czyta się kilka minut
fot. Andrey Gonchar/Adobe Stock
fot. Andrey Gonchar/Adobe Stock

Słowo nie przyjęło Ciała na chwilę, dla celów praktycznych, by objawić Boga, a potem wrócić do nieba w „doskonalszej” postaci, czyli już bez ciała. Jest dokładnie na odwrót. To Ciało w Chrystusie jest w Bogu na zawsze. Wcielenie Syna Bożego nieodwołalnie połączyło te dwa światy: boski i ludzki. W Liście do Kolosan czytamy, że nie nastąpiło to dopiero w chwili poczęcia i narodzin Jezusa z Nazaretu. Według zamysłu Boga „w Nim [w Chrystusie] zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne” (1 Kol 1, 16). Cała rzeczywistość, cielesna i duchowa, także religia i miłość ludzka, zostały stworzone dla Wcielonego Słowa i na Jego wzór, zanim samo Słowo pojawiło się w widzialnej postaci na świecie.

Kto nie miłuje brata, którego widzi...

Nie powinno nas więc dziwić, że intuicja o związku miłości do Boga i do człowieka przebija się z mocą już w Torze. Wprawdzie oba przykazania pojawiają się w odrębnych księgach (Powtórzonego Prawa i Kapłańskiej), to jednak Bogu Izraela bardzo zależy na tym, i dobitnie przypominają o tym później prorocy, aby kult świątynny nie był oderwany od miłości i troski o bliźniego, zwłaszcza najbardziej potrzebującego. W Ewangelii według św. Marka Jezus zapytany o największe przykazanie w Prawie przywołuje najpierw przykazanie miłości Boga, potem miłości bliźniego jak siebie samego i łączy je w jedno. Odpowiadając uczonemu w Piśmie, stwierdza, że „nie ma innego przykazania większego od tych” (Mk 12, 31). Owszem, istnieją specyficzne akty miłości do samego Boga, o czym pisaliśmy, ale tak naprawdę nie ma miłości do Boga bez miłości bliźniego. One się wzajemnie przenikają i warunkują. Przypomina o tym św. Jan w swoim Pierwszym Liście: „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” (1 J 4, 19). Jakby chciał powiedzieć, że „duchowa” miłość do Boga (czy taka czysta duchowa miłość możliwa jest w ogóle dla człowieka?) tak naprawdę musi być obleczona w ciało. Kryterium tego, czy się rzeczywiście kocha Boga, jest wzrost naszej miłości do bliźniego. Po prostu prawdziwa miłość do Boga aż się niemalże narzuca z wyrażeniem miłości do bliźniego, podobnie jak Bóg ukochał nas ludzi w swoim Synu przed założeniem świata. Te dwa przykazania dotyczą osobno Boga i osobno człowieka, chociaż są związane ze sobą w tym celu, także z tego powodu, abyśmy nie czynili z żadnego człowieka Boga ani nie odzierali człowieka z drzemiącej w nim nieskończoności i z pragnienia bezinteresownej, boskiej miłości, której nie może dać żadne stworzenie.

Między życiem kontemplacyjnym a czynnym

Pewnym podobieństwem relacji miłości do Boga z miłością człowieka jest rozróżnienie na życie kontemplacyjne (życie modlitwy) i życie aktywne, czyli służbę bliźniemu oraz obowiązki codzienne. Często dochodziło w Kościele do przeciwstawiania modlitwy i działania, życia aktywnego (tzw. duchowości), jakby prawdziwie modlić można się w jakimś odizolowaniu od świata, a gdy zajmujemy się czymś innym, to niejako odwracamy się plecami do Boga. Jeśli życie kontemplacyjne uznać za pewien synonim konkretnych aktów w miłości do Boga, które dotąd opisałem, to życie aktywne będzie symbolizować miłość okazywaną bliźnim i realizację naszego powołania w świecie. Wiele osób jest przekonanych do dzisiaj, że prawdziwa kontemplacja może się odbyć tylko poza pracą, troską o dom, obowiązkami i zmianą tego świata. Tymczasem życie kontemplacyjne i życie aktywne są jednością, połączone ze sobą nierozerwalnym węzłem niczym mężczyzna i kobieta w małżeństwie. Być może przez wielowiekowe przeakcentowanie życia zakonnego i mniszego, w świadomości wielu wierzących zatopienie się w modlitwie w klasztorach, czy szerzej w pobożności, wydaje się czymś wznioślejszym, doskonalszym i oddającym chwałę Bogu niż tzw. życie świeckie. Już sam termin „świecki”  oznacza ludzi żyjących w świecie, czyli bardzo zanurzonych w codzienność, jakby zakonnicy i mnisi nie żyli w świecie, tylko w jakiejś innej rzeczywistości. Papież Franciszek przypomniał nam, że „światowością” można być zarażonym także w klasztorach czy w życiu księdza. Do dzisiaj wielu pobożnych wierzących próbuje uciekać w długie modły i „wyciszenie” przed Bogiem, by nie mierzyć się z wymaganiami miłości wobec bliźnich, by czmychnąć przed codziennością i nierzadko trudnymi wyzwaniami życiowymi. Inni wchodzą w drugą skrajność: w pokusę aktywizmu, za którą stoi lęk przed oceną, mentalność zasługi, ale także lęk przed samotnością na modlitwie, przez zajrzeniem do własnego serca, lęk przed ciszą, w której można zobaczyć, że nie jesteśmy samowystarczalni i stworzeni wyłącznie do tworzenia czegoś. Katechizm zauważa, że „poszukiwanie głębi wewnętrznej jest tym bardziej konieczne, że życie często sprawia, iż uchylamy się od wszelkiej refleksji, zastanowienia się lub wejścia w siebie” (KKK, 1779).

Ucieczka od szarej rzeczywistości

Na podobnej zasadzie ciągle narażeni jesteśmy na pokusę oddzielenia nie tylko modlitwy od miłości bliźniego, ale też naszej szarej codzienności, napiętej, pełnej trywialności, powtarzalności, gdzie nam się wydaje, że pozostajemy daleko od tego, co duchowe, od wyciszającego skupienia, od miłości do Boga. Pewnym echem tego rozdarcia są inne słowa z Katechizmu Kościoła katolickiego, które padają w kontekście zmagań o modlitwę. Jest ona zaniedbywana, ponieważ „w podświadomości wielu chrześcijan modlitwa jest zajęciem, niedającym się pogodzić z tym wszystkim, co mają do zrobienia; nie mają na nią czasu” (KKK, 2726). Deklaratywnie, czyli świadomie, człowiek wierzący często chce się modlić, ale niewiele z tego wychodzi, bo w praktyce pochłania go zbyt wiele zajęć. Jednak często „nie mam czasu” jest stwierdzeniem, które ukrywa inną prawdę: „tak naprawdę to nie jest mój priorytet”. Gdy tę prawidłowość odwrócimy, można próbować „zamodlić” życie i rzeczywistość, uciekając od zajęć wyznaczonych nam przez nasze powołanie.

Nieprzypadkowo po przypowieści o dobrym Samarytaninie w Ewangelii według św. Łukasza, która ma wyjaśnić, na czym polega miłość bliźniego i kto jest naszym bliźnim, następna scena w tej Ewangelii rozgrywa się w domu Marty i Marii. Te dwie siostry ucieleśniają jedność miłości do Boga i do bliźniego. Jedność życia kontemplacyjnego, czyli słuchania Pana i służenia Mu w braciach i siostrach. Oczywiście, nie można jednocześnie słuchać uważnie Pana i zajmować się przygotowaniem posiłku dla kilkunastu mężczyzn. Ale można i należy słuchać Pana, trwać w kontemplacji w określonych momentach, a gdy trzeba służyć innym, to wtedy ta służba staje się owocem kontemplacji. Kiedy się modlę prawdziwie do Boga, zawsze będzie to owocowało właściwą służbą bliźnim. Nie można aktualnie myśleć o Bogu, gdy obieramy cebulę czy zajmujemy się uczeniem dzieci w szkole, ale można zaczynać pracę w kuchni czy zajęcia szkole, mając żywą świadomość bycia w relacji z Bogiem, którą przeżywam i wzmacniam robieniem z miłością tego, co do mnie należy, wszak Bóg jest miłością. 

Komunia jest nie tylko dla mnie

Benedykt XVI słusznie zauważa w encyklice o miłości, że nie tylko eros, czyli miłość stworzona, ludzka bywa dramatycznie oddzielana od miłości do Boga i od miłości bezinteresownej, boskiej, dawanej nam przez Ducha Świętego. Papież ten próbuje przeciwdziałać również temu, co nazwałbym prywatyzacją komunii świętej. Dla wielu katolików nie jest wcale oczywiste, że przyjmują sakramentalne Ciało Chrystusa nie tylko dla swojej duszy, jakby jedynie dla samych siebie, lecz aby być w jedności z wszystkimi braćmi i siostrami, którzy spożywają tego samego Chrystusa, i wzrastać w miłości do bliźnich. Już na samej mszy św. nie jestem tylko ja i Bóg, ale ja, Bóg oraz bracia i siostry. Eucharystia istnieje także po to, by Ciało Chrystusa, które tworzą uczestnicy liturgii, stawało się coraz bardziej doskonałe. Ciało Chrystusa, które spożywamy, i Ciało Chrystusa, które tworzymy, jest jednością. Rozerwanie tego związku jest zaprzeczeniem istoty Eucharystii. Tę jedność buduje się jednak przez miłość, nie tylko przez podanie sobie ręki na znak przyjętego pokoju. Najwięcej ma się dziać w tej kwestii poza murami kościołów, gdzie następuje dalszy ciąg Eucharystii: wzajemna służba, wdzięczność, przebaczanie, poniechanie zemsty, wyrażanie współczucia wobec ubogich i potrzebujących itd. Dlatego Benedykt XVI przypomina, że nie można rozdzielać komunii świętej od komunii z braćmi i siostrami: „Nie mogę mieć Chrystusa tylko dla siebie samego; mogę do Niego należeć tylko w jedności z wszystkimi, którzy już stali się lub staną się Jego. Komunia wyprowadza mnie z koncentracji na sobie samym i kieruje ku Niemu, a przez to jednocześnie, ku jedności z wszystkimi chrześcijanami. Stajemy się «jednym ciałem» stopieni razem w jednym istnieniu. Miłość Boga i miłość bliźniego są teraz naprawdę jednym: wcielony Bóg przyciąga nas wszystkich do siebie” (DC, 14).

W dalszej części tej encykliki papież idzie jeszcze dalej, objaśniając tajemnicę związku między poznaniem Boga a poznaniem człowieka, między spotykaniem prawdziwego Boga i miłością do bliźniego. Ujmuje ją w kategoriach mistycznych: „Jedynie moja gotowość do wyjścia naprzeciw bliźniemu, do okazania mu miłości, czyni mnie wrażliwym również na Boga. Jedynie służba bliźniemu otwiera mi oczy na to, co Bóg czyni dla mnie i na to, jak mnie kocha” (DC, 18). Rzadko chyba myślimy, że bez miłości przyjętej od Boga nie można w ogóle kochać, nawet jeśli jest to miłość stworzona, ludzka, wobec której mówię tak. Ale miłość bliźniego, a przynajmniej stała gotowość do jej świadczenia, sprawia, że wzrastają moje duchowe detektory na obecność Boga. Co więcej, Benedykt XVI używa kwantyfikatora „jedynie”, jakby chciał powiedzieć, że bez aktywnej miłości bliźniego będę ślepy na Boże dary w moim życiu i nie doświadczę, jak sam Bóg kocha mnie samego. Bóg daje się poznać w przestrzeni miłości. Nawet uwaga poświęcona drugiemu człowiekowi sprawia, że wzrasta moja uważność na modlitwie czy słuchaniu słowa Bożego. Wtedy łatwiej może się przebić do mojej świadomości światło przez różne zasłony i moją ślepotę. Ale też gdy praktykuję miłość do Boga, wtedy staję się bardziej współczujący, uważny i pełen troski o bliźniego. Te obie miłości są nałożone na siebie jak dwa okręgi, gdzie w centrum bije miłość samego Boga. Drobny akt miłości do bliźniego sprawia, że otwierają mi się bardziej oczy na Boga. I na odwrót, czas poświęcony tylko dla Boga sprawia, że lepiej i bez lęku, że zaniedbuję przy tym Boga czy sprawy duchowe, zajmuję się służbą bliźnim.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 43/2026