Przykazanie miłości Boga, a w jego obrębie także miłości bliźniego, jest misterium. To starożytne słowo kojarzono często z ukrytą prawdą lub z religijnymi obrzędami. Otaczała je jakaś aura tajemniczości. Dziś, w potocznym języku, misterium nierzadko jest swego rodzaju myślową zagadką do rozwikłania. Czasem niektórzy uważają, że to tajemnica, której nie wolno nikomu zdradzać. Jednak w chrześcijaństwie nieco inaczej rozumiemy misterium. Jest to raczej niewyczerpana prawda, która się odsłania, choć nigdy do końca. Misterium zakrywa też obecność. W tym sensie zarówno całe stworzenie, jak i sam człowiek ukrywają w sobie coś mistycznego. Biblia tę mistykę, czyli misterium w człowieku, widzi w stwierdzeniu, że został on stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Zarówno judaizm, jak i chrześcijaństwo zgodziłyby się co do tego, że misterium nie da się całkowicie przeniknąć i zrozumieć. Nie można nim zawładnąć. Gdyby tak było, wszystko moglibyśmy wyjaśnić, wytłumaczyć i przejąć kontrolę nad całą rzeczywistością. Ale wtedy znikłaby całkowicie religia oraz miłość.
Na koniec pozostała nam jeszcze jedna odsłona misterium Boga: nakaz związany z miłością bliźniego (i jak uznaliśmy wcześniej – z miłością do Boga). Mamy kochać bliźniego jak siebie samego. Wszystko jest tutaj proste, dopóki nie zapytamy, co to znaczy „jak siebie samego”. Okazuje się, że interpretacje tego wyrażenia wcale nie są takie jednoznaczne. Sprawę komplikuje nadto fakt, że w Ewangelii nie znajdziemy ani słowa komentarza do miłości samego siebie. Co więcej, raczej częściej słyszymy wezwanie do „nienawiści” swojego życia, do wyrzeczenia się samego siebie, do zaparcia się swojego „ja” na podobieństwo Syna Bożego, który opustoszył samego siebie i uniżył się, rezygnując z manifestacji swojej boskiej władzy (por. Flp 2, 5–8). Być może z tych powodów współczesna narracja o zdrowej miłości samego siebie i trosce o siebie spotyka się wciąż z pewną podejrzliwością wśród chrześcijan. Na pewno trudno zgodzić się z tezą, że miłość samego siebie to utrwalana nienawiść do samego siebie, jakiś rodzaj autoagresji i pomniejszania siebie. To bowiem jest coś ewidentnie złego, ocierającego się o pychę i rozpacz. Wydaje się, że ewangeliczne podejście do człowieka ukazuje miłość samego siebie i zaparcie się siebie jako dwie strony tego samego medalu, jako rzeczywistości uzupełniające się, choć trzeba też przyznać, że czasem za bardzo ulegamy psychologicznej wykładni miłości samego siebie, obcej mentalności ludzi starożytnych i autorów biblijnych.
Tak kochać, jakbyśmy sami chcieli być kochani
Niektórzy uważają, że miłość bliźniego „jak siebie samego” to nic innego jak tzw. złota reguła, którą podaje sam Jezus w Kazaniu na górze: „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy” (Mt 7, 12). Czyli kochaj bliźniego tak, jakbyś ty chciał być kochany albo traktuj innych tak, jakbyś ty chciał być traktowany. Sam Jezus stwierdza, że miarą mojej miłości do bliźniego jest pragnienie dobra dla siebie. Czy jest człowiek, który nie chciałby być potraktowany z wyrozumiałością, ze współczuciem, zauważeniem, bliskością i pomocną dłonią? To ja sam miałbym być w pewnym sensie takim chodzącym przykazaniem. Zakładamy przy tym, że nikt z nas świadomie nie chce zła dla siebie, nie chce być krzywdzony, oszukany czy zdradzony. Rodzi się jednak pytanie, czy rzeczywiście przykładamy tę miarę w równym stopniu do siebie i do innych? Wiemy, że różnie bywa.
Kolejna interpretacja, bardzo rozpowszechniona zwłaszcza w chrześcijaństwie zachodnim, zakłada świadome rozpoznanie i uznanie swojej wartości i godności, która płynie z samego faktu stworzenia. O tyle mogę pokochać drugiego, o ile kocham siebie. „Zła” miłość siebie, którą postrzegamy jako egoizm, nie może być zrównana z miłością, która wynika z bycia stworzonym na obraz Boga. Miłość samego siebie to rozpoznanie i uznanie dobroci stworzenia w sobie samym. Próba negacji tego jest pychą, fałszywą pokorą. Ta zdrowa miłość rozpoznaje i jest wdzięczna za wszystkie wewnętrzne i zewnętrzne zasoby, z którymi się człowiek urodził, otrzymał lub je nabył. Ta miłość obejmuje także szacunek do siebie, współczucie, łagodność, unikanie psychologicznego czy duchowego biczowania siebie pod pozorem skruchy czy nawrócenia. Anglikański arcybiskup Rowan Williams w jednym ze swoich kazań mówi tak: „Zacznij postrzegać siebie jako dar – dar z ręki Boga – i pokochaj go; dzięki temu nauczysz się, że także bliźni jest darem”. Miłość samego siebie widzi, uznaje i akceptuje także własne granice, istnienie bezsilności, której nie próbuje zwalczać albo udawać, że jej w ogóle nie ma.
Czasem akceptacja samego siebie, czyli uznanie siebie za wartościowe stworzenie Boże, bywa niezwykle trudna i wymaga nawet pomocy terapeutycznej. Trzeba bardzo uważać, by nie pomylić wewnętrznego krytyka, albo wyolbrzymionego superego, owej psychicznej instancji wszczepionej przez wychowanie, która – jeśli została nadużyta – operuje poczuciem winy, karaniem siebie i neurotycznym lękiem. Wtedy łatwo utożsamić te chorobliwe reakcje właśnie z samozaparciem i ewangeliczną „nienawiścią” do samego siebie. A to nie to samo. Stąd już tylko krok do postrzegania bliźnich i traktowania ich wyłącznie jak chodzących egoistów i życiowych nieudaczników. Osobiście broniłbym zdobyczy współczesnych nurtów psychoterapeutycznych, oczywiście z zachowaniem pewnej ostrożności, byśmy nie kochali siebie i innych ludzi neurotycznie lub patologicznie.
Nikt z nas nie istnieje jako odrębne indywiduum, każdy z nas istnieje zawsze w komunii z innymi
Trzecia interpretacja wydaje się na pierwszy rzut oka przeczyć poprzednim dwóm. Natrafiłem na nią u prawosławnego teologa Thomasa Hopko. Uważa on, że w punkcie wyjścia nikt z nas nie istnieje jako odrębne indywiduum, jako jednostka, która najpierw musi wydoskonalić duchowo czy psychologicznie siebie, aby mogła pokochać właściwie bliźnich. Hopko uważa, że każdy z nas istnieje zawsze w komunii z innymi, we wspólnocie. Stajemy się sobą tylko wtedy, gdy wychodzimy z siebie, będąc niedoskonałymi, i gdy zapominamy o sobie, kierując całą naszą istotę w stronę bliźnich. Jego zdaniem „nie istnieje żadne 'ja', które należałoby bronić – poza tym, które wyłania się poprzez akt miłości i ogołocenia z samego siebie. Dopiero dzięki miłości do drugiego człowieka moje 'ja' faktycznie zaczyna istnieć. Kluczowym elementem tego procesu jest przebaczenie”. Pojęcie jakiejś autonomicznej jednostki jest obce Biblii. To raczej, zdaniem teologa, pewne roszczenie świata zachodniego. Tak naprawdę bliźni, taki jaki jest, z wszystkimi blaskami, cieniami i kruchością, jest moim prawdziwym „ja”. Jeśli czuję, że mój brat lub siostra to całkowicie odrębne jednostki, że nie jesteśmy ze sobą nijak połączeni, nie ma tak naprawdę żadnych podstaw poza zewnętrznym moralnym nakazem, by go kochać. Tymczasem możemy pokochać siebie, jeśli najpierw pokochamy bliźniego. Nie na odwrót. „W chwili gdy nie będę głęboko odczuwać, że moje prawdziwe 'ja' to ten drugi człowiek, nie będę miał żadnego powodu, by komukolwiek wybaczyć”. Innymi słowy, jeśli pomagam innym, pomagam sobie. Jeśli wybaczam drugiemu, to dlatego, że czuję, iż jestem taki sam jak on. Brak wybaczenia będzie wpływać także na mnie. Moje „ja” kształtuje we mnie przepływ miłości na podobieństwo Trójcy Świętej. Rzeczywiście, rzadko myślimy, że Bóg Ojciec kocha w nas swego Syna, z którym jesteśmy w komunii, w jedności poprzez to, że Syn stał się jednym z nas i wszczepił nas w siebie samego. Śpiewamy w jednej z prefacji na niedziele zwykłe: „On stał się podobny do nas we wszystkim oprócz grzechu, abyś mógł to w nas miłować, co umiłowałeś w swoim Synu”. Bycie w relacji jeszcze nie oznacza, że jestem z jakąś osobą w komunii, w jakiejś głębokiej wspólnocie życia, że się z nią w pełni utożsamiam, że jestem jakby jedno z nim. Jednostka staje się osobą, gdy identyfikuje się z innym, słabym, grzesznym, takim jak on, gdy jest z nim w komunii, a nie tylko w relacji.
Być może o coś takiego chodzi samemu Jezusowi, kiedy przywołując naukę o małżeństwie, stawia przed oczy jego pozytywny, aczkolwiek trudny cel: „złączy się [mężczyzna] ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem” ( Mk 10, 8). Czyli dwie odrębne jednostki mają stać się jedną osobą, jedną komunią. I jest to model nie tylko dla wspólnoty małżeńskiej. W przypadku małżeństwa nie mamy do czynienia jedynie z relacją, jak np. z kolegą w pracy czy sąsiadką. Małżeństwo zakłada komunię, pełną akceptację i zaangażowanie, także „dogadanie się” , ustąpienie ze swoich słusznych roszczeń, przebaczenie, bo ten drugi tak naprawdę jest mną. Wtedy nie zawsze moje potrzeby będą zaspokojone. Nie zatroszczę się wtedy właściwie o siebie. Przeciwnie, będą tracić część siebie. Wszystko opiera się tutaj nie na osiągniętej przed zawarciem małżeństwa doskonałej miłości, lecz na decyzji i woli kochania drugiego nawet wtedy, gdy trzeba się wyrzec niejednego słusznego pragnienia czy oczekiwania. W tym sensie miłość do samego siebie i wyrzekanie się samego siebie nie leżą na przeciwległych brzegach. Jedno warunkuje drugie. To, kim tak naprawdę jestem, poznaję wtedy, gdy przyjmując miłość Boga, postanawiam kochać bliźniego takim, jakim on aktualnie jest.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











