Władimir Putin wrócił na światowe salony – tyle na razie wynika z jego spotkania z Donaldem Trumpem. Wrócił z pompą, krocząc po czerwonym dywanie jak u siebie, w kremlowskich pałacach. Ale nie dywan, wielokrotnie już opisany, jest dla mnie symbolem tego, co zaszło w Anchorage. Uderzająca była konferencja prasowa, jeśli w ogóle można nazwać ją konferencją. Dziennikarze najpoważniejszych mediów, stłoczeni i krzyczący jeden przez drugiego jak stadko rozkwakanych, bezradnych kaczątek. Rosyjski dyktator, który zachował się tak, jak sama podpowiedziała mu medialna ciżba: życzliwie przykładając dłoń do ucha, bo w rzeczy samej nic się nie dało z tej pulpy pytań zrozumieć. I amerykański prezydent, który z miną Mussoliniego patrzył w bok i udawał, że cała sytuacja go nie dotyczy. W sumie świetnie rozegrany spektakl. I pierwszy tego rodzaju „szczyt”. Witamy w postdemokratycznym świecie.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.




