Jakże brak nam myślenia w stylu Karola Wojtyły! Z okazji 80. rocznicy jego święceń kapłańskich znów wszedłem w czas jego młodości, po raz kolejny nabierając przekonania o proroczym charakterze jego intuicji. Jakże inny, o ile bardziej ewangeliczny byłby nasz „polski” Kościół, gdybyśmy tymi Wojtyłowymi refleksjami – kapłańskimi, biskupimi, papieskimi – przejęli się na poważnie.
Niewykorzystany potencjał tego dziedzictwa wcale nie wiąże się wyłącznie z okresem papieskim. Zawsze uważałem, że jego fenomen jako głowy Kościoła polegał na tym, że „po prostu” kontynuował w mega skali to, czym żył i kim był jako krakowski ksiądz, biskup, kardynał, metropolita.
Co w nim godne jest podziwu i naśladowania? Wymienię kilka ważnych, choć może nie najważniejszych cech.
Jego, gorąco odwzajemniane, zaufanie do świeckich. Przecież gdyby nie godziny spędzone na szczerych rozmowach wśród zaprzyjaźnionych par oraz młodych mężczyzn i kobiet nie powstałaby Miłość i odpowiedzialność. Treść tej książki zdumiewała wielu obserwatorów, którzy pytali: skąd on to wie? A wiedział, bo po prostu im towarzyszył („wyprzedzając” intuicję Franciszka, który towarzyszenie właśnie uczynił jednym z kluczowych słów pontyfikatu). Gdyby nie to, nie byłoby nie tylko wspomnianej rozprawy, ale też zapewne licznych utworów poetyckich i paru dramatów, o wielu wątkach zawartych w encyklikach nie wspominając. Pod koniec życia pisał o „darze”, jakim przez całe życie byli dla niego świeccy. Jak to wygląda u nas dziś?
Jego synodalność – na długo przed obecnym renesansem tego pojęcia w świadomości Kościoła. Przebywając drogę od zwykłego wikarego, duszpasterza akademickiego, wykładowcy filozofii po pasterza odpowiedzialnego za losy archidiecezji był zawsze synodalny, dostrzegając wartość wspólnego poszukiwania drogi i wsłuchiwania się w głos Ducha Świętego. Wiadomo, że jako metropolita krakowski chciał, aby powstały rady parafialne. „Ale takie prawdziwe a nie zwołane przez proboszcza i chodzące na jego pasku” – wspominał bp Pieronek czasy, gdy był sekretarzem Synodu. Dziś, kiedy synodalność wciąż traktowana jest w Polsce podejrzliwie, gdy bezsensownie (a czasem z rozmysłem) mieszana z tzw. niemiecką drogą synodalną, warto pamiętać, że Kościół w rozumieniu Karola Wojtyły musi być wspólnotowy, służebny, otwarty, czyli synodalny właśnie.
Jego personalizm – przeżywany nie tylko naukowo i teoretycznie, ale praktykowany od lat wczesnego kapłaństwa, będący niejako Wojtyłowym DNA. Zakorzenienie w personalizmie, jak sam przyznawał, pomagało mu w pełnieniu posługi papieskiej – zarówno podczas spotkań indywidualnych, jak i tych masowych, podczas podróży apostolskich: „Ta formacja (…) uświadomiła mi głębiej, że każdy jest osobą jedyną i niepowtarzalną, a to jest dla kapłana duszpasterza bardzo ważne”. A dziś chyba jeszcze ważniejsze aniżeli w czasach masowego katolicyzmu doby PRL.
Wreszcie, jego normalność, poczucie humoru i dystans wobec własnej osoby. Choćby wtedy, gdy podczas jednej z kajakowych wypraw ze studentami słuchał z rozbawieniem ich przyśpiewek, w tym takiej oto: „I Duch Święty nie pomoże, gdy kler niszczy dzieło Boże” (a wiem to od jednego z uczestników eskapad z „Wujkiem”). Jako papież poczucia humoru bynajmniej nie stracił. Bp Pieronek, pytany przez niego o to, jak Polacy przyjęli wynik konklawe, wspomniał o wybuchu radości, uśmiechach w tramwajach, pozdrawianiu się ludzi na ulicy, telefonach, radości, nadziei itd. „A pili?” – dopytał.
Chrześcijanin z krwi i kości, w sprawach wielkich i codziennych. Temat na długie, listopadowe wieczory: co zrobić, by w Kościele w Polsce obecny był duch księdza Wojtyły?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.








