Leon Wielki i dwie natury Chrystusa

Żyjemy w czasach, w których spory z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dotyczące Jezusa Chrystusa, wydają się odległe i wręcz nieaktualne. Dlaczego kiedyś rozpalały emocje?
Czyta się kilka minut
Spotkanie Leona Wielkiego z Attylą, fresk autorstwa Rafaela Santi i Giulio Romana znajdujący się w Sali Heliodora Pałacu Apostolskiego na Watykanie | fot. Wikimedia
Spotkanie Leona Wielkiego z Attylą, fresk autorstwa Rafaela Santi i Giulio Romana znajdujący się w Sali Heliodora Pałacu Apostolskiego na Watykanie | fot. Wikimedia

Miał na imię Leon. Gdy wybrano go na papieża, był tylko diakonem. Wiadomość o wyborze na Stolicę Piotrową (w 440 roku) dotarła do niego w Galii, gdzie na polecenie Galii Placydy, córki cesarza Teodozjusza I – mówiąc współczesnym językiem – prowadził misję pokojową. Przyjmuje się raczej jako pewnik, że urodził się na terenie dzisiejszej Toskanii (w Tuscii). O wiele mniej pewna jest data jego urodzin. Różne źródłom podają lata odległe nawet o dekadę. Według jednych urodził się w roku 400, według innych dziesięć lat wcześniej, w roku 390.

Pierwszy Wielki

Papież Benedykt XVI podczas poświęconej mu katechezy z 4 marca 2008 roku powiedział, że został diakonem Kościoła Rzymu ok. 430 roku i z czasem zdobył w nim znaczącą pozycję. Właśnie dlatego powierzano mu takie zadania, jak to w Galii. Został konsekrowany po powrocie do Rzymu 29 września 440 roku. Dzisiaj znamy go jako Leona I Wielkiego. Jako pierwszy następca św. Piotra został obdarzony tym tytułem. Jego pontyfikat trwał ponad dwadzieścia jeden lat. Pierwszy z czternastu papieży o imieniu oznaczającym lwa zmarł 10 listopada 461 roku. „Jak wskazuje przydomek, wcześnie nadany mu przez tradycję, był on naprawdę jednym z największych papieży, którzy przynieśli zaszczyt stolicy rzymskiej, przyczyniając się w znacznym stopniu do umocnienia jej autorytetu i prestiżu” – powiedział Benedykt XVI.

Co ciekawe, przypominając, że Leon był również pierwszym papieżem, którego nauki głoszone do ludu gromadzącego się przy nim podczas liturgii przetrwały do naszych czasów, Benedykt XVI podzielił się pewnym skojarzeniem. „Myśl o nim nasuwa się naturalnie w kontekście obecnych środowych audiencji generalnych – spotkań, które w ostatnich dziesięcioleciach stały się dla Biskupa Rzymu tradycyjną formą spotkania z wiernymi i tak licznymi gośćmi przybywającymi ze wszystkich zakątków świata” – stwierdził właśnie podczas audiencji generalnej.

Przestraszył barbarzyńcę

„Papieże są nie tylko przywódcami duchowymi, ale również – co wielokrotnie weryfikowała historia – politykami i dyplomatami” – napisał Paweł Czechowski w serwisie Histmag.org, jako przykład wskazując Leona Wielkiego, a zwłaszcza jego słynną interwencję, która powstrzymała wodza barbarzyńskich Hunów, Attylę, przed zdobyciem i zniszczeniem Rzymu. Wydarzenie to z roku 452 uwiecznił m.in. żyjący na przełomie XV i XVI stulecia znakomity malarz Rafael Santi freskiem w Pałacu Apostolskim w Watykanie.

Wspomniany autor serwisu historycznego przytoczył opis spotkania papieża z wodzem barbarzyńskich najeźdźców zawarty w klasycznym dziele Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dnie roku, wśród autorów którego jest ks. Piotra Skarga. Według tej opowieści Leon wiedząc, że ma zbyt słabe siły, by walczyć z pogańskim oddziałami, „postanowił sam z pomocą Bożą nieprzyjaciela pokonać”. Ubrał się więc z papieskie szaty i w asyście kilku rzymskich dostojników stanął przed wodzem Hunów, „prosząc świętych Piotra i Pawła o pomoc”. Zdaniem hagiografa, z mocno posiwiałym włosem wyglądał „prawdziwie jak Święty”, a jego słowa zmiękczyły króla Attylę. „Wystawił mu Leon dobitnie i jasno okropność i niesłuszność najazdu, nadmieniając przy tem, iż go Bóg za to kiedyś ukarze. Słowa one też wielce Attylę przestraszyły, zwłaszcza gdy jeszcze po obu stronach Leona ujrzał dwu mężów, godzących na niego, jeśli w tej chwili nie usłucha”. Po tym spotkaniu wódz Hunów wycofał swe wojska za Dunaj, a gdy mu zarzucano, że stchórzył wobec papieża, miał tłumaczyć: „Nie widzieliście, że obok papieża stała nadziemska postać z dobytym mieczem, grożąc mi śmiercią, skoro woli męża tego nie uczynię zadosyć”.

Okrzyk zapisany w aktach

Jak widać, miał Leon I wielki dar przekonywania. Przydał się on na niwie politycznej trzy lata później, gdy w roku 455 król Wandalów Genzeryk stanął pod murami Rzymu. Co prawda tym razem nie udało się nie dopuścić do zajęcia miasta przez barbarzyńców, ale papieżowi udało się przekonać ich wodza, aby plądrując, nie mordowali ani nie podpalali budynków, w tym chrześcijańskich bazylik. Nic dziwnego, że niektórzy w odniesieniu do tego następcy św. Piotra używają określenia „obrońca Rzymu”.

Dar przekonywania Leona Wielkiego przynosił pozytywne skutki nie tylko w sferze politycznej. Rok przed spotkaniem z Attylą papież z Toskanii zrobił coś niezwykle istotnego dla wiary chrześcijańskiej. Co prawda sam nie pojawił się na Soborze w Chalcedonie (451 rok), ale odczytano tam jego list, który dwa lata wcześniej skierował do Flawiana, biskupa Konstantynopola. Gdy papieski legat odczytywał kilkuset zgromadzonym biskupom jego tekst, przerywali mu okrzykami potwierdzenia, zgody, a nawet zachwytu nad usłyszaną treścią. Jak zauważył w swej katechezie Benedykt XVI, nawet w aktach tamtego soboru odnotowano okrzyk jego uczestników, który brzmiał: „Piotr przemówił przez usta Leona”.

Według niego z tej wypowiedzi oraz z innych, które pojawiły się podczas sporu chrystologicznego w tamtym czasie, wynika w sposób oczywisty, że Leon I szczególnie wyraźnie dostrzegał odpowiedzialność następcy Piotra, którego rola w Kościele jest niepowtarzalna. Sam Leon w jednym ze swych kazań na uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła zwracał uwagę, że „jednemu tylko Apostołowi powierzone zostało to, co wszystkim Apostołom jest oznajmione”.

Bezpieczna meta soborów

Z dzisiejszej perspektywy za szczególnie istotne dla wyznawanej przez nas wiary było doprecyzowanie nauczania Kościoła w sprawie dwóch natur Jezusa Chrystusa. W czym tkwił problem? Jak można przeczytać w Breviarium fidei, czyli wyborze doktrynalnych wypowiedzi Kościoła, niejaki Eutyches, archimandryta konstantynopolitański, „mnich pobożny, ale teolog bardzo przeciętny”, zaczął tłumaczyć, że dwie natury – boska i ludzka – utworzyły w Chrystusie jedyną swego rodzaju naturę, w której nawet cechy ludzkie miały swoisty charakter, różniąc się od cech wspólnych wszystkim ludziom. Ta herezja określana jest jako monofizytyzm.

W swym długim i napisanym pięknym stylem liście Leon Wielki stwierdził jednoznacznie: „Przy zachowaniu właściwości obu natur wchodzących w skład jednej osoby majestat przyjął niskość, moc przyjęła słabość, wieczność – nieśmiertelność”. Pełna zgoda z ówczesnym papieżem zaowocowała następującą decyzją Soboru Chalcedońskiego: „jednego i tego samego Chrystusa Pana, Syna Jednorodzonego, należy wyznawać w dwóch naturach, bez zmieszania, bez zmiany, bez rozdzielania i rozłączania. Nigdy nie zanikły różnice natur przez ich zjednoczenie, ale została zachowana właściwość obu, tworzących jedną osobę i jedną hipostazę”. Greckie słowo hypostasis oznacza m.in. „rzeczywistość o charakterze samoistnym”, tłumaczone też jest niejednokrotnie jako „istota” oraz „osoba”.

Dzisiaj Katechizm Kościoła katolickiego w punkcie 481 stwierdza krótko i dobitnie: „Chrystus ma dwie natury, Boską i ludzką, nie pomieszane, ale zjednoczone w jednej Osobie Syna Bożego”. Zdaniem Benedykta XVI „Sobór Chalcedoński stanowi bezpieczną metę chrystologii trzech wcześniejszych soborów powszechnych: Soboru Nicejskiego z 325 roku, Konstantynopolitańskiego z 381 roku oraz Efeskiego z 431 roku”. Papież przypomniał, że już w VI w. te cztery sobory, wyrażające syntezę wiary starożytnego Kościoła, przyrównywano w istocie do czterech Ewangelii. „Mówi o tym Grzegorz Wielki w znanym liście, w którym oświadcza, że «przyjmuje i otacza czcią cztery sobory, niczym cztery księgi świętej Ewangelii, ponieważ na nich – wyjaśnia dalej – niczym na solidnym kamieniu wspiera się konstrukcja świętej wiary»”.

Żyjemy w czasach, w których spory z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dotyczące Jezusa Chrystusa, wydają się odległe i wręcz nieaktualne. Warto jednak przypominać sobie, co wyznajemy w każdą niedzielę, wypowiadając w czasie Mszy św. słowa o Jezusie Chrystusie, Jednorodzonym Synu Bożym, który „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem”.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 45/2026