Boliwia. Tu żyje nasz charyzmat

Jestem sercanką i misjonarką. Boliwia stała się dla mnie nie tylko krajem misyjnym, ale drugą ojczyzną – miejscem, w którym charyzmat naszego Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Pana Jezusa znalazł szczególną odpowiedź na potrzeby kobiet i dziewcząt.
Czyta się kilka minut
fot. Materiały prasowe/SMZ KS
fot. Materiały prasowe/SMZ KS

Moimi katechetkami były sercanki. To one przygotowały mnie do chrztu, Pierwszej Komunii Świętej i bierzmowania. Boże Serce tak mocno dotknęło mojego serca, że nie widziałam dla siebie innej drogi.

Pragnienie misji pojawiło się później. Kiedy do naszego zgromadzenia przyjechały trzy Zairki, zachwyciłyśmy się nimi i każda z nas chciała zostać misjonarką. Uczyłam się nawet francuskiego, ale wojna w Zairze zmusiła nasze siostry do opuszczenia kraju. Przez wiele lat prosiłam przełożonych, by posłali mnie na misję. W 2002 roku trafiłam do Boliwii.

Charyzmat, który znalazł swoje miejsce

Boliwia zachwyciła mnie swoją różnorodnością – przyrodą, kulturą, ludźmi. Można tutaj zobaczyć ośnieżone góry i tropikalny upał tak wielki, że człowiek chciałby zdjąć z siebie skórę, a obok siebie spotkać różne kultury – Quechua, Aymara, Guaraní. Ale z czasem odkryłam coś jeszcze ważniejszego: że jest to miejsce, w którym nasz charyzmat jest niezwykle potrzebny.

Nasze zgromadzenie powstało w Krakowie w 1894 roku z inicjatywy św. Józefa Sebastiana Pelczara. Od początku było odpowiedzią na konkretną sytuację kobiet. Do Krakowa przyjeżdżały młode dziewczęta z wiosek, szukając pracy. Często nie miały wykształcenia ani przygotowania, które pozwalałoby im odnaleźć się w wielkim mieście. Dlatego powstawały dla nich ośrodki, w których mogły zdobyć umiejętności i przygotować się do życia.

Nie chodziło jednak tylko o to, żeby nauczyć je gotować, prać czy prasować. Chodziło o człowieka. O to, żeby kobieta mogła wzrastać, dojrzewać, odkrywać swoją wartość i godność. Nasz założyciel rozumiał, że nie wystarczy dać komuś kromkę chleba i ubranie. Trzeba pomóc człowiekowi stanąć na własnych nogach.

Kiedy przyjechałyśmy do Boliwii w 1981 roku, zobaczyłyśmy, że potrzeby są tutaj bardzo podobne, choć sytuacja jest zupełnie inna. Problemy związane z ubóstwem, poligamią, porzuceniem dzieci, przemocą czy wykorzystywaniem dziewcząt sprawiają, że kobiety często nie mają poczucia własnej wartości. Wiele z nich od najmłodszych lat doświadcza przemocy, upokorzenia i przekonania, że ich życie nie ma większego znaczenia.

I właśnie tutaj nasz charyzmat okazał się tak bardzo potrzebny.

Przywrócić kobiecie jej godność

Nasza misja nie polega tylko na tym, żeby komuś pomóc przetrwać. Chcemy pokazać dziewczętom i kobietom, że są wartościowe, że mają swoją godność, że mogą inaczej budować swoje życie i swoje rodziny.

Chcemy pokazywać młodym dziewczętom, że można wychowywać dzieci bez bicia i krzyku, że można żyć w wiernej rodzinie, że można być dobrą matką i żoną, a przede wszystkim – że można żyć w relacji z Bogiem, który kocha człowieka.

Dlatego w Cochabambie, wysoko w Andach, prowadzimy dom dla dziewcząt Hogar de Niñas San Francisco. Chcemy, żeby nasz sierociniec był przede wszystkim domem, a nie instytucją – miejscem, gdzie dziewczęta mogą poczuć się bezpiecznie, chodzić do szkoły, rozwijać się i odzyskać choć trochę dzieciństwa. Są tutaj dziewczęta, które już jako dziesięciolatki pracowały w tropiku przy zbieraniu owoców czy koki. Dla nich książka, szkoła, zabawa czy beztroska są czymś, czego wcześniej nie znały.

Ale nasz charyzmat jest znacznie szerszy. Sercanki w Boliwii pracują jako katechetki i pielęgniarki, odwiedzają chorych, niosą Komunię Świętą, towarzyszą kobietom i dziewczętom na różnych etapach ich życia. Wszędzie staramy się przekazywać to samo: człowiek jest kochany przez Boga i ma swoją godność dziecka Bożego, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga.

Błogosławione owoce

I właśnie z tego, dzięki łasce Bożej, rodzą się powołania.

Mamy 32 siostry Boliwijki po ślubach wieczystych. One kontynuują nasz charyzmat, uczą się języka polskiego, co znaczy być sercanką, jak służyć Bożemu Sercu i jak głosić królestwo miłości Bożego Serca pośród ludzi.

Boliwia stała się więc dla nas czymś więcej niż miejscem misyjnej pracy. Jest jak druga ojczyzna. Już zapuściłyśmy korzenie. Jedna z sióstr misjonarek z Polski zmarła tutaj i jest pochowana na naszym cmentarzu w Montero.

Nasz założyciel, będąc w Krakowie, wspaniale odczytał zamysły Boga, odpowiedział na potrzeby swoich czasów i myślę, że my też mamy tę łaskę. Dziękujemy Bogu za każdy dzień przeżyty na ziemi boliwijskiej, za każde powołanie i modlimy się o łaskę nowych powołań – takich zapalonych, trwałych, na całe życie, aby pociągać ludzi do Boga. Dzisiejszy świat bardzo potrzebuje miłości.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 39/2026