![]() |
||||||||||||||||
„Politycy do domu, kobiety do polityki” – takie było jedno z haseł 8-marcowej feministycznej „Manify”. Tradycyjnie odbywa się ona z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Tegoroczna miała dwa postulaty. Pierwszy to żądania socjalne wyższego wynagrodzenia dla kobiet, drugi dotyczył parytetów, czyli projektu, aby kobietom przyznawać od 30-50 proc. miejsc na listach wyborczych. Pomysł sformułowany na zeszłorocznym kongresie kobiet w tej chwili poparło 150 tysięcy osób, to wystarczy, by społeczny projekt ustawy trafił do Sejmu. Zdaniem zwolenników parytetów spełnienie hasła: „politycy do domów, kobiety do polityki” nie tylko położy kres dyskryminacji kobiet w życiu publicznym, ale także ucywilizuje polskie życie polityczne. Debata o kwestii parytetów ciągnie się od dłuższego czasu, sam temat pojawiał się kilkakrotnie również na łamach „Przewodnika Katolickiego”. Cóż, niewątpliwie jestem kobietą i co więcej, kobietą, która odniosła sukces. Mam swój program telewizyjny („Studio Wschód”), jestem uważana za jednego z lepszych ekspertów od spraw byłego ZSRR. Wiele czasu spędziłam podróżując jako dziennikarz po Europie Wschodniej, uczestnicząc w co ważniejszych zachodzących na tych terenach wydarzeniach, przeprowadzając wywiady z prominentnymi politykami. Nigdy, ani przez chwilę, nie czułam się dyskryminowana z powodu mojej płci, nikt też z tej przyczyny nie pozwolił sobie na najmniejszy gest lekceważenia pod moim adresem. Odwrotnie, płeć dawała mi pewne przywileje, byłam bardziej chroniona, uprzejmiej traktowana niż moi koledzy. Niejednokrotnie łatwiej było mi uzyskać wywiad, znaleźć odpowiednie dojścia i kontakty. Gdybym chciała, mogłabym zająć się polityką, ale nie chcę. Podobnie jak nie chcę parytetów. Co z tego, że zmuszone ustawami partie wpiszą na listy wyborcze większą liczbę kobiet, kiedy każda z nich będzie mogła usłyszeć, że dostała się do parlamentu nie dzięki zaletom umysłu, a statystyce. To po pierwsze. Po drugie, robienie kariery politycznej nie jest w tej chwili głównym problem polskich pań. Być może większość z nich od parytetów wolałaby lepszego prawa rodzinnego, ulg podatkowych na kolejne dzieci, tego, by ojciec był w stanie utrzymać rodzinę, a matka mogła wybrać czy chce (a nie czy musi ze względów finansowych) iść do pracy, czy też może woli zajmować się wychowaniem dzieci. Bo to jest naprawdę najważniejsze zadanie kobiety, a jednocześnie najlepszy sposób na poprawę standardów polskiego życia, nie tylko politycznego. Można zaryzykować twierdzenie, że nie byłoby Józefa Piłsudskiego, gdyby nie matka Marszałka Maria z Billewiczów i jej nauki. Nie byłoby być może Jana Pawła II, gdyby ojciec Wojtyły, zastępując zmarłą matkę, w całości nie poświęcił się wychowaniu Karola. Większa liczba kobiet w Parlamencie ma złagodzić obyczaje… wolne żarty. W niczym nie ubliżając obecnym paniom posłankom, jakoś nie zauważyłam ich łagodzącego wpływu na kolegów. Poza tym kobieta we współczesnym świecie przestała być synonimem ciepła i łagodności. Wystarczy spytać specjalistów od przestępczości młodzieży - dziewczęta stają się bardziej okrutne od swoich kolegów. Wystarczy posłuchać na ulicy konwersacji „młodych dam”, często bardziej ordynarnych i wulgarnych od chłopców. Tego nie zmieni parytet, może natomiast zmienić prawo, które pozwoli matkom pozostać w domu. Niestety, prościej i taniej stworzyć ustawę gwarantującą, iż na listach wyborczych znajdzie się stosowna liczba kobiet, niż zapewnić rodzinom odpowiednią ochronę, w tym finansową. Dlatego obawiam się, że ostatecznie Polska zyska ustawę parytetową, Bruksela nas pochwali, a wiele polskich kobiet dalej będzie pracować nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi uzupełniać domowe budżety. Na zakończenie cytat z mojej ulubionej Agathy Christie… „My kobiety zachowujemy się jak idiotki. Domagałyśmy się, aby pozwolono nam jak mężczyznom pracować. Mężczyźni to zaakceptowali. […] Powinnyśmy się uczyć od kobiet z epoki wiktoriańskiej […] szczerze podziwiały swoich mężczyzn, ale jednocześnie z żelazną konsekwencją wymagały od nich opieki”. Oczywiście teraz są inne czasy, inne warunki, ale myślę, że niekiedy warto wspomnieć wiktoriańskie prababki.
|
Nie wiem dlaczego tak bardzo zależy nam na upodabnianiu się do mężczyzn.Jak widać nic dobrego z tego nie wynika. W mojej ocenie nie jest przypadkiem, że obecny kryzys rodziny polskiej zbieżny jest z faktem coraz wiekszej pogoni kobiet za sukcesem zawodowym, polityką i wszelkim innym "spełnianiem się". Może dobrze byłoby gdyby kobieta otrzymywała pensję za pracę w domu i wychowywanie dzieci. Poczułybyśmy się wolne i dowartościowane nie będąc przymuszane do pracy zawodowej ze względów materialnych, bo miałybyśmy alternatywny wybór.
Bardzo mnie dziwi fakt, że do władz samorządowych , czy innych organów władzy przeważnie wybierane są i popierane kobiety z rodzin wielodzietnych. Jak to się ma do zapewnień iż najważniejsza jest rodzina ???
Jestem za tym , by kobiety zdobywały wykształcenie, by mogły się realizować zawodowo ale , by miały wybór a ich powołanie do macierzyństwa i pielęgnowania rodziny było doceniane na równi z sukcesami zawodowymi.
Maria Kalita