dzisiaj jest: sobota, 26.05.2012 | Imieniny:
Przewodnik Katolicki 05/2006 » Wywiad »

Mój krzyk

autor: Jadwiga Knie-Górna

Z Augustem Kowalczykiem, aktorem, byłym więźniem obozu koncentracyjnego w Auschwitz, przewodniczącym Krajowej Rady Polskiej Unii Ofiar Nazizmu oraz Rady Fundacji Pomnika-Hospicjum Miastu Oświęcim, rozmawia Jadwiga Knie-Górna


Z jakiego powodu dziewiętnastoletni chłopak został wywieziony do obozu koncentracyjnego Auschwitz?
– Razem ze swoim przyjacielem Zbyszkiem Makuszewskim z Poznania za wszelką cenę chcieliśmy walczyć w obronie Ojczyzny, ale by to uczynić, musieliśmy przedostać się do polskiego wojska, do którego prowadziły dwie drogi. Pierwsza przez Litwę, ale wymagała sporej sumy pieniędzy, której rzecz jasna nie posiadaliśmy. Druga, bliższa naszym możliwościom, wiodła przez granicę słowacką do Francji – to była nasza droga. Wkrótce okazało się, że pozostała „naszą” tylko w marzeniach, bowiem prawie zaraz po przekroczeniu granicy zostaliśmy aresztowani przez faszystowską żandarmerię słowacką, która następnie wydała nas w ręce Niemców. I tak poprzez kolejne więzienia w Dukli, potem Jaśle oraz Tarnowie 4 grudnia 1940 roku trafiłem do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Trafiłem tam, nie zdając sobie sprawy, że jestem u bram piekieł. Dla Niemców zostałem jedynie numerem 6804.

Po jakimś czasie znalazł się Pan w Karnej Kompanii obozu Auschwitz, mając na swoim koncie wyrok śmierci, dożywotni pobyt w tejże Kompanii, karę chłosty oraz wyrok dintojry obozowego kapo...
– W drugim dniu pobytu w obozie pracowałem wraz z jedenastoma innymi więźniami „zaprzęgnięty” do francuskiego artyleryjskiego wozu amunicyjnego. Nieustannie popędzani przez kapo „transportowaliśmy” cegły z placu, gdzie znajdowały się materiały budowlane, wykorzystywane w obozie. Jakiś czas później trafiłem do komanda, które zaczęły budowę Bunawerke, późniejszych zakładów chemicznych Dwory. W tym miejscu nawiązałem kontakty z tajną, konspiracyjną organizacją kobiet polskich znajdującą się w strukturach AK w Oświęcimiu, której działalność graniczyła z cudem. Jedynym jej celem było niesienie pomocy nam, więźniom Auschwitz. Dzięki temu przeżyło wielu więźniów. Pomoc polegała nie tylko na dostarczaniu tajnej korespondencji, leków i żywności, ale także na organizowaniu ucieczek z obozu i ukrywaniu zbiegów. Cud polegał na tym, że choć w tę konspirację wprowadzonych było wiele osób, nigdy nie doszło do większej wpadki.
Esesmani doskonale wiedzieli o istnieniu tej organizacji, jednak także oni czerpali z niej pewne korzyści. I nie chodziło tu o pieniądze, ale konkretnie o alkohol, ale także jajka i masło, których brak odczuwała także obozowa rasa „nadludzi”. Wśród nich byli jednak i ci nieprzekupni. Przez jednego z nich wpadłem.
Pierwszy wyrok śmierci otrzymałem właśnie za kontakty z ludnością cywilną. To było najgorsze wykroczenie, jakiego mógł się dopuścić więzień. Dzięki temu, że zostałem przyłapany, mój oprawca, esesman pochodzenia rumuńskiego, otrzymał upragniony urlop. Wszystko sobie wcześniej zaplanował, tylko ja się w tym nie połapałem. Trafiłem na blok śmierci do celi nr 20. Karę chłosty – w moim przypadku miało to być pięćdziesiąt kijów – dostałem za posiadanie większej kwoty pieniędzy, niż zezwalał na to regulamin. Często kończyło się to odbiciem nerek, a to już był początek końca. O dintojrze dowiedziałem się od kapo Karla, który został aresztowany dobę po mnie. Obozowe kapo uznało, że stało się to z mojego powodu, dlatego zostałem skazany przez nich na śmierć.

Czy te wyroki zadecydowały o ucieczce?
– Tylko częściowo. Ostatecznie zadecydowały inne wydarzenia. Pod koniec kwietnia 1942 roku w naszym obozie niespodziewanie zjawili się gestapowcy z terenu Generalnego Gubernatorstwa. Przyjechali w konkretnym celu, by sprawdzić, czy osoby, które skazali na śmierć, faktycznie zostały stracone. Mocno się zdziwili, że ci, którzy ich zdaniem dawno powinni „wyjść na wolność” krematoryjnym kominem, żyli. Mało tego, dość dobrze w obozie sobie radzili. Tak przeważnie było z więźniami z pierwszych transportów, którzy mieli „szczęście” objąć dobre funkcje. To oznaczało pracę w kuchni, kantynie więźniarskiej, w obozowych biurach, kuźni, stolarni czy ślusarni oraz innych tego typu miejscach. Po owej kontroli wszyscy ci więźniowie, a było ich blisko pół tysiąca, trafili z czerwonym punktem przy nazwisku do Karnej Kompanii. Ów czerwony punkt był wyrokiem śmierci, który systematycznie, typowo po niemiecku wykonywano. Jakie zatem miałem wyjście?! Praktycznie żadne, w grę wchodziła tylko ucieczka, nawet jeśli miałaby skończyć się tragicznie. Taka śmierć była dla mnie łatwiejsza do zaakceptowania. Pozostawała też nikła szansa, że przeżyję.

Uciekało pięćdziesięciu więźniów, ilu z nich poznało smak wolności?
– 10 czerwca 1942 roku próbę ucieczki faktycznie podjęło około pięćdziesięciu więźniów, ale tylko dziewięciu z nich znalazło się na wolności. Jednym z nich byłem ja. Po paru dniach w niemiecką niewolę ponownie dostało się dwóch uciekinierów, po miesiącu zostali rozstrzelani. Moje późniejsze ocalenie zawdzięczam rodzinom Lysków i Sklorzy ze wsi Bojszowy Dolne, które ukrywając zbiega z Auschwitz, podlegały tylko jednej karze – śmierci. Jednak dla tych ludzi chęć ratowania życia takiego wynędzniałego, 49-kilowego obozowego wymoczka była znacznie silniejsza niż strach. Takich heroicznych osób było znacznie więcej. Były ich tysiące, dlatego w hołdzie im, a także wszystkim kobietom z organizacji, ojcom salezjanom i siostrom serafitkom z Oświęcimia postanowiliśmy podziękować w sposób wymierny, stawiając im pomnik-hospicjum.
Niestety, zdarzyło się również, że usłyszałem bardzo niesprawiedliwe i ciężkie oskarżenia, że za naszą ucieczkę życiem zapłaciły setki więźniów. Jest to nieprawda. Esesmani tylko przyspieszyli egzekucje wśród więźniów z Karnej Kompanii, których oznaczyli czerwonym punktem. Ze wspomnianej grupy pół tysiąca osób do chwili podjęcia akcji ucieczki pozostało przy życiu ponad trzystu i właśnie ich poddano masowej egzekucji w komorze gazowej.

14 sierpnia 1941 r. w bunkrze głodowym został zabity święty Maksymilian Kolbe...
– Oczywiście dowiedzieliśmy się o heroicznym czynie ojca Maksymiliana. Potem przez kolejnych jedenaście dni docierała do nas jedna i ta sama informacja – ojciec Kolbe nadal żyje. Choć trudno było nam w to uwierzyć, to wciąż żył. Dwunastego dnia podano mu śmiertelny zastrzyk fenolu... Niestety, nie poznałem osobiście ojca Maksymiliana. Do dziś nie umiem sobie wytłumaczyć decyzji esesmana Fritzscha. Byliśmy pewni, że nie przyjmie on propozycji ojca Maksymiliana i w rezultacie śmiercią głodową zginie zarówno Gajowniczek, jak i ojciec Kolbe, który na tym padole nienawiści, śmierci i upodlenia ludzkiego pokazał nam wszystkim, że ponad wszystko najważniejsza w życiu człowieka jest miłość bliźniego. Miałem szczęście poznać także siłę innej miłości – macierzyńskiej, jaką otacza nas Matka Boska, której zawsze byłem gorącym czcicielem. Pierwsze dni po ucieczce ukrywałem się w zbożu przy wspomnianych już Bojszowach Dolnych, nie był to łatwy czas... Byłem przemoknięty, drżałem z zimna i braku snu, żyłem w stałym napięciu i tylko coraz żarliwiej modliłem się do Matki Boskiej. W tej swoistej rozmowie z Nią prosiłem, czy raczej stwierdzałem, a może pytałem (?!), że gdyby uratowanie mnie zależałoby od mojej ziemskiej matki, to przecież nie zostawiłaby mnie w takiej sytuacji. Moje ocalenie z Auschwitz, późniejsze życiowe losy, oraz fakt, że jeszcze dzisiaj mogę to pani opowiadać, świadczą o tym, jak wiele zawdzięczam Matce Bożej. Nie mam co do tego żadnej wątpliwości. W końcu urodziłem się 15 sierpnia.

Zastanawiał mnie fakt, że po tak dramatycznych przejściach potrafił Pan ubrać esesmański mundur, by wielokrotnie, doskonale zagrać role byłych swoich oprawców...
– Do ról esesmanów podchodziłem profesjonalnie, traktowałem je jako wyzwanie aktorskie. Swoje role tworzyłem jednak na bazie przeżyć, doznań, jakich doświadczyłem będąc więźniem obozu koncentracyjnego Auschwitz. Esesmanów chciałem tak zagrać, aby widzowie czuli to samo, co wówczas ja. Chyba udało mi się ten cel osiągnąć, bowiem pewnego razu, na spotkaniu w Ustce, jeden z uczestników w czasie dyskusji wstał i z pewną nutą żalu powiedział: panie, ja nie mogę oglądać telewizji, bo jak żona zobaczy pana na ekranie, wyłącza telewizor mówiąc, że nie będzie oglądać tego bandyty.

Jako aktor zadebiutował Pan w Teatrze Rapsodycznym w Krakowie. Czy spotkał Pan tam Karola Wojtyłę?
– Do teatru trafiłem zupełnie przez przypadek. Swoim głosem oraz dość charakterystycznym wyglądem zwróciłem uwagę Mieczysława Kotlarczyka, który na wstępie rozmowy stwierdził, że potrzebuje mężczyzny, bo niestety odszedł z teatru powołany do wyższych celów Lolek Wojtyła, potem jeszcze jeden aktor, tak więc doskonale nadawałabym się w to miejsce... i tak pozostałem w nim osiem lat. Młodego księdza Karola Wojtyłę poznałem na jubileuszu, o ile dobrze pamiętam, pięciolecia istnienia teatru. Siedzieliśmy przy teatralnym stole, z lampką wina i wtedy powiedziałem mu, że nie rozumiem tajemnicy Trójcy Świętej. Na co ksiądz Wojtyła odpowiedział: a czy my musimy odkrywać każdą tajemnicę?
poprzedni   |   następny wróć
  • Zachwyt nad pięknem Biblii
  • z abp. Gianfranco Ravasim, przewodniczącym Papieskiej Rady ds. Kultury, rozmawia ks. Dariusz Madejczyk Z książek i artykułów Księdza Arcybiskupa da się bez trudu odczytać nie tylko wielkie umiłowanie Biblii, ale także ogromną pasję jej zgłębiania. Gdzie są początki tej fascynacji? - Gdy chodzi o początki, to moje zainteresowania, już właściwie od okresu liceum, dotyczyły najogólniej...więcej »
  • Nie nadaję się na emigranta
  • Z dr. Jakubem Sienkiewiczem z Kliniki Neurologii Wojewódzkiego Szpitala Bródnowskiego w Warszawie, znanym muzykiem, liderem zespołu „Elektryczne gitary”, autorem takich przebojów jak m.in. „Co ty tutaj robisz”, „Kiler”, rozmawia Renata Krzyszkowska Niedawno ogłosił Pan, że postanawia zakończyć swą działalność artystyczną i poświęcić się...więcej »
  • Wiara ze Słowa zapisanego w obrazie
  • Z ks. Markiem Stajkowskim, o obrazach, ich wybitnych twórcach i ich związku z religią, rozmawia Michał Bondyra Jak zrodziła się Księdza malarska fascynacja? – Zaczęło się od czasopisma katolickiego „Zorza”, które kupowała moja mama. Na jednej ze stron gazety był dział dotyczący sztuki kościelnej, w którym prezentowano dzieła wielkich mistrzów. Będąc dzieckiem,...więcej »
  • Chciałbym wszystkich nakarmić
  • O zamiłowaniu do rybołówstwa, skarbach na dnie jezior oraz tradycjach i potrawach świątecznych, z Henrykiem Sobolewskim, ichtiologiem oraz dyrektorem Gospodarstwa Rybackiego w Łysininie, rozmawia Marcin Jarzembowski Skąd w Pańskiej rodzinie zamiłowanie do rybołówstwa? – Są to głęboko zakorzenione tradycje rodzinne. Dziadek pracował na Drwęcy, a tata na Pojezierzu Brodnickim....więcej »
  • Polityka zabrała wolność, ale nie marzenia
  • Z Marią Kaczyńską, Pierwszą Damą Rzeczypospolitej Polskiej, rozmawiają Jadwiga Knie-Górna i Adam Suwart Czym święta Bożego Narodzenia w Pałacu Prezydenckim różniły się od tych spędzanych w Państwa domu rodzinnym? – To były takie same święta jak co roku, w gronie naszej rodziny. Rokrocznie spotykamy się przy wigilijnym stole, cieszymy się, że jesteśmy razem. Proszę...więcej »
  • Prymas wielkich przełomów
  • Z kardynałem Józefem Glempem, Prymasem Polski, rozmawiają ks. Dariusz Madejczyk i Adam Suwart W tym roku minęło 25 lat od rozpoczęcia przez Waszą Eminencję posługi prymasowskiej w Polsce. Jak Ksiądz Kardynał wspomina chwile sprzed ćwierćwiecza? – Przyszedłem po kardynale Wyszyńskim i zastałem już inną sytuację niż ta, z którą przyszło się zmagać przez kilka dziesięcioleci...więcej »
  • Odzyskać to, co zagrabione
  • O odzyskiwaniu majątku kościelnego, ze współprzewodniczącym Komisji Majątkowej ks. Mirosławem Piesiurem, rozmawia Mateusz Wyrwich W mediach świeckich można czasem spotkać opinie, że Kościołowi jest zwracane mienie zagrabione jeszcze przez zaborców w XVII czy XIX wieku... – To nieprawda. Przedmiotem prac Komisji Majątkowej jest to wszystko, co było w posiadaniu Kościoła...więcej »
  • Jesteśmy w Kościele powszechnym
  • Z Włodzimierzem Juszczakiem, bp. wrocławsko-gdańskim obrządku greckokatolickiego, o historii Kościoła greckokatolickiego w Polsce i ekumenizmie, rozmawia Paweł Gomulak OMI Zdecydowana większość polskich katolików należy do obrządku rzymskiego. Czy mógłby zatem Ksiądz Biskup wyjaśnić, kim są grekokatolicy? – Rzeczywiście, w Polsce większość katolików stanowią rzymscy...więcej »
  • Pogodowe szaleństwo
  • Z prof. Zbigniewem Kundzewiczem, z Zakładu Badań Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN, o globalnym ociepleniu klimatu, rozmawia Renata Krzyszkowska Mieliśmy wyjątkowo ciepły początek grudnia. W niektórych regionach Polski kwitły stokrotki i budziły się owady. Czy to kolejny dowód na to, że klimat się ociepla? – Obecny rok jest szczególny, ponieważ styczeń i marzec wcale nie...więcej »
  • Szczęść Boże hajerom
  • Z katowickim psychologiem Krzysztofem Sobierajem rozmawia Łukasz Kaźmierczak Jest Pan synem górnika i zdaje się, że miał Pan kontynuować tę rodzinną tradycję? – Cała rodzina myślała, że będę górnikiem, jedynie Tata zawsze powtarzał, że powinienem się uczyć, żeby nie zostać w przyszłości takim prostym „hajerem” jak on. I wiedział co mówi. Ojciec był tzw....więcej »
right
left
Nagroda im. Wł. Pietrzaka dla Przewodnika Katolickiego