Pielęgnujcie świetlane pomysły |
Poznań, ul. Fredry, godzina 11.50. Zniecierpliwione stoimy na czerwonym świetle przy przejściu dla pieszych. Nagle słyszymy intrygujące zdanie: „Ludku zzieleniej, zzieleniej”. Drobna, 99-letnia, uśmiechnięta pani wysiadła przed chwilą z tramwaju i zmierza energicznym krokiem do kościoła oo. Dominikanów. I tak prawie codziennie. Mija ją wiele osób, ale prawie nikt nie wie, że to Matka Trędowatych.
W ostatnią niedzielę stycznia w 150 krajach na całym świecie obchodzimy Światowy Dzień Pomocy Chorym na Trąd – ustanowiony z inicjatywy Raoula Follereau w 1954 r. W tymże roku dr Wanda Błeńska pracowała już wśród pacjentów w Ugandzie.
Urodziła się prawie 100 lat temu w Poznaniu, 30 października 1911 r. Mając niespełna 17 lat zaczęła realizować swoje marzenie – studia medyczne oraz przygotowanie misyjne. Zaangażowała się w Akademickim Kole Misjologicznym i redakcji „Annales Missiologicea”. Każdą wolną chwilę spędzała przy chorych w szpitalach, by zdobyć jak największe doświadczenie. Okres II wojny światowej, działalność w AK, aresztowanie nie zgasiły jej misyjnego powołania. Ukryta w schowku na węgiel, w 1944 r. przedostała się z polskimi marynarzami do Niemiec, by ratować umierającego brata. Nie mogąc powrócić już do Polski, wyruszyła do Anglii. Tam, po ukończonych kolejnych kursach medycyny tropikalnej dostała zaproszenie do „leprozorium w dalekim Fort Portal”. Potem były Buluba, Nyenga…
O trądzie – chorobie nadal budzącej u wielu lęk – oraz swojej 43-letniej służbie wśród trędowatych w Ugandzie opowiada dr Wanda Błeńska, obchodząca w tym roku swoje 100. urodziny.
Pani Doktor, kiedy pojawiła się u Pani po raz pierwszy myśl, żeby zostać lekarzem, a potem wyjechać na misje?
– O ile pamiętam, to była ona od zawsze [uśmiech].
Wiemy, że zawsze uwielbiała Pani czytać i czyta Pani bardzo dużo aż do dzisiaj. Czy już w dzieciństwie miała Pani możliwość czytania książek albo artykułów o misjach?
– Chyba tak, bo jak daleko sięgam pamięcią, to zawsze miałam dwa cele: muszę być lekarką i muszę być lekarką na misjach. I koniec. Już jako dziecko tak mówiłam i to się spełniło. Gdy rozmawiam z młodzieżą, to zawsze jej powtarzam: jeżeli macie dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie. Nie dajcie im zasnąć, nie odrzucajcie ich. Nawet, jeżeli wydają się wam niemożliwe do realizacji, za trudne. Swoje marzenia trzeba pielęgnować.
A co na te marzenia mówił tata Pani Doktor? Czy wiedział o Pani planach na przyszłość, o tym, że jego córka chce zostać lekarzem, a w dodatku - co mogło być jeszcze bardziej dla rodziców niepokojące - że chce wyjechać na misje?
– Tata wiedział o moich marzeniach. Wszystkim zawsze powtarzałam: będę lekarką. Wiadomo, że dzieci mają różne dziwne pomysły i w 100 procentach nie bierze się do serca tego, co mówią. Tata również nie brał wszystkich moich słów na poważnie. Ponieważ nie było to żadne złe marzenie, tylko dobre, to pewnie myślał sobie: „A niech sobie tak mówi!” Tak więc nie robił mi żadnych trudności.
Swoje marzenia zaczęła Pani spełniać po kolei. Zaczęło się od studiów medycznych, które rozpoczęła Pani jako jedna z nielicznych kobiet, a na dodatek w wieku niespełna 17 lat…
– Pamiętam, gdy przyjechaliśmy z ojcem do Poznania, gdzie chciałam rozpocząć studia medyczne. Nie miałam jeszcze wtedy ukończonych 17 lat. Ojciec poszedł ze mną do dziekana, żeby mnie zapisać na medycynę. I dziekan pyta tatę: „I pan się nie boi 17-letnią córkę puszczać samą na medycynę?” Tatuś odpowiedział: „Ona powiedziała, że na nic innego nie pójdzie...”. Na to dziekan ucichł [szeroki uśmiech Pani Doktor]. Więc ja też wszystkim życzę i mówię: Jeżeli macie powołanie – chcecie koniecznie studiować medycynę i zostać lekarzami – to musicie. I koniec!
Co do małej liczby kobiet, to było nas 15 na około 300 studentów pierwszego roku. Z tych 15 – 5 było zamężnych, 5 było narzeczonymi, a 5 było takich dzikich jak ja [śmiech]. Stosunek większości kolegów do mnie był opiekuńczy, bo byłam najmłodsza na roku. Miałam więc bardzo dobrych kolegów.
Gdy tylko mogłam, to wypytywałam o misje. Muszę przyznać, że czasy studenckie były bardzo miłe, sympatyczne.
Pani Doktor nie tylko się dopytywała o misje, ale również działała w tym kierunku!
– Wszystko szło dobrze. Na studiach działało Akademickie Koło Misyjne. Potem, żeby brzmiało „mądrzej”, bardziej naukowo, nazwaliśmy się Akademickim Kołem Misjologicznym. Czasem przyjeżdżali do nas na spotkania misjonarze, którzy byli na urlopach w Polsce, i opowiadali nam o swojej pracy na misjach.
Czy wśród studentów było duże zainteresowanie misjami, działalnością w Kole Misjologicznym?
- Może nie było bardzo duże, ale byliśmy bardzo zżyci. To była, jak to się mówi, fajna grupa. Razem chodziliśmy na spacery, takie dalekie, do podmiejskich miejscowości. Jeździliśmy też rowerami, jak było to możliwe… Oczywiście rowery były z wypożyczalni. Tak hałasowały, że słychać je było na pół kilometra, bo nie były najlepszej jakości. Ładne były te czasy studenckie… Ale zawsze tak jest, jeżeli zbierze się grono przyjaciół, którzy mają podobny sposób myślenia, i o tym samym marzą – o posłudze misyjnej.
Marzenie spełniło się po wielu latach. Gdy miała Pani 39 lat, wyjechała Pani na misje do Ugandy, jako lekarz. Pani Doktor zawsze bardzo pozytywnie wypowiada się o swoich ugandyjskich pacjentach, w ogóle o Ugandyjczykach. Co w tych ludziach jest takiego szczególnego?
– Życie Afrykańczyków, w tym Ugandyjczyków, naznaczone jest wieloma lękami. Czyha na nich wiele niebezpieczeństw… Ale mimo wszystko są radośni. Potrafią cieszyć się z niczego. Chyba bardziej cieszą się z drobiazgów niż my. Posiadają zdecydowanie mniej niż my, ale zawsze są radośni. Czasem dzień mijał w spokoju, nic się nie działo. Nagle jednak ktoś doświadczył jakiejś małej radości i zaraz zaczynał tańczyć, a z nim i inni… Niekiedy wystarczył – w naszym odczuciu – niewielki powód, a oni grali, śpiewali, tańczyli.
Podobno też są bardzo szczerzy…
– O tak… Zdarzały się sytuacje, które mi to uświadamiały. Kiedyś np. zorientowałam się, że pacjent, który zabierał tygodniową dawkę leków, nie przyjmował ich tak, jak miał zalecone. A było to bardzo ważne. Pytam go: „A czy ty bierzesz te wszystkie tabletki?” I usłyszałam: „Nie, muszę połowę dawać swojej żonie, bo powiedziała, że ode mnie odejdzie…”. I to było zupełnie szczere, nie kryli tego, ale mówili prawdę… Mówiłam więc: „No to na następne spotkanie przyjdź z żoną – dam jej jakieś inne tabletki…”. No i dawałam witaminy, twierdząc, że to bardzo ważne lekarstwo…
Ugandyjczycy są też bardzo spontaniczni. Doświadczył tego papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki do tego kraju w 1993 r. Później wspominał, że była to jedna z jego najpiękniejszych pielgrzymek. Młodzi ludzie, których było bardzo dużo, przyjęli go jak ojca. Jan Paweł II bardzo to odczuł. Radość był ogromna…
– To była prawdziwa radość z tego, że go widzieli, że go spotkali. Coś, czego nie można upozorować. To się zaraz czuje. Każdy, kto przyjeżdża do jakiegoś kraju od razu czuje atmosferę, łatwo odkrywa, czy jest sztuczna, czy serdeczna. Kiedy jechaliśmy z Buluby do Kampali, to samochody, które nas mijały, wypełnione były rozśpiewaną młodzieżą. Wszyscy nas pozdrawiali! Panowała bardzo radosna atmosfera i papież też to na pewno odczuwał.
W pewnym momencie, jak to w Afryce bywa, zgasło światło na placu, na którym było spotkanie…
– Tak, było to właśnie w Ugandzie. Nikt się tym nie przejmował, bo w Afryce to była codzienność. Ojciec Święty powiedział wtedy, że papież ich kocha także po ciemku [śmiech]. Entuzjazm był ogromny.
Pani Doktor miała okazję osobiście spotkać się z Janem Pawłem II w Ugandzie. Powiedział wtedy, że jest Pani ambasadorem misyjnego laikatu… Co Pani wtedy czuła?
– Nie wiem, zamurowało mnie. Wiedziałam o papieżu prawie wszystko. Był niedoścignionym wzorem misjonarza… Jan Paweł II miał wówczas jakieś spotkanie z osobistościami. Daliśmy znać, że my też czekamy. Przyszedł do nas, do ogrodu. Usiadł, a my wkoło niego – jak te kurczaki. Rozmawialiśmy w bardzo miłej atmosferze. Nawet teraz, gdy to opowiadam, widzę miejsce, gdzie siedział i gdzie powiedział mi o tym misyjnym laikacie…
Dla nas, Europejczyków, Uganda jest krajem egzotycznym. Można zachwycić się nie tylko dobrocią, spontanicznością i kulturą jej mieszkańców, ale także wspaniałą przyrodą. Słyszałyśmy, że Pani Doktor zaprzyjaźniła się tam nawet z małpką…
– To prawda. Jacyś chłopcy mi ją sprzedali. Miała przywiązany powróz na brzuszku, a oni ją na nim prowadzili. Natychmiast zdjęłam jej ten powróz, posmarowałam wytarty brzuszek kremami, a uwolniona małpka skoczyła od razu na drzewo. Jednak nie uciekła. Przygotowałam jej ładne łóżeczko na mojej werandzie, niedaleko pod oknem, gdzie spałam. I tam sobie mieszkała. A zawsze rano wołała: „uhu hu hu”, że się obudziła i że chce już jeść.
Przyszedł jednak dzień, kiedy już nie zawołała. Zniknęła. Nie było jej w domu. Nie wiem, czy porwało ją jakieś zwierzę, czy może zabrała ją jej matka... W każdym razie historia małpki się skończyła. Była bardzo złośliwa…
…ciągnęła Panią Doktor za spódnicę?
– Złośliwości było wiele. Na przykład kradła, co się dało. Nagryzała każdy owoc, który był na talerzu. W ten sposób chyba informowała: „To moje!”. Żeby porwała jeden i zjadła… A ona nie! Każdy owoc nagryzła. Zwierzęta nie są tak niemądre, jak myślimy… Dobrze wiedzą, co im wolno, a czego nie. A małpa robi zawsze to, czego nie wolno.
Innym razem porwała mojego małego kociaka i uciekła z nim na dach. Patrzyła na mnie i pokazywała, że rzuca tego kotka na dół…
…i rzuciła?
– Nie. Ale udawała… I to właśnie dowodzi jej złośliwości! [wybuch śmiechu].
Co do zwierząt, opowiem jeszcze jedną historię – o hipopotamie. Miałam mały kajak. Kiedyś popłynęłam nim odnogą jeziora Wiktorii. Chciałam podpłynąć pod drzewo. A tam, pod drzewem, był hipopotam. Coś mnie tknęło i odwróciłam głowę. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam otwartą paszczę! Do dziś ją pamiętam. Miała różowe wnętrze i w środku kły, takie żółto-złote. Ten otwarty pysk był dokładnie nad końcem mojego kajaka! Wówczas na całe jezioro wrzasnęłam: „Święty Rafale, ratuj! Ja będę wiosłować!” No i św. Rafał mnie uratował. Potem okazało się, że hipopotam był ranny, dlatego był taki agresywny.
Trąd
Bardzo ważna jest rozmowa z rodziną, żeby nie izolowała pacjenta. Trzeba uspokajać, a równocześnie strzec przed zakażeniem. Trzeba tłumaczyć, wyjaśniać. Pokazywałam, że gdy jest rana, to trzeba obchodzić się z nią jak z raną. Nikt palcem rany nie dotyka. Tak samo jest z trądem. Trzeba uczyć społeczeństwo, tzn. przede wszystkim otoczenie chorego, i tłumaczyć, co można robić, a czego nie wolno. Przede wszystkim trzeba dawać przykład. Gdy wzięłam kogoś za rękę i pokazałam, co gdzie się znajduje, to była zachęta dla innych, żeby zobaczyć, dotknąć… Przecież jeżeli mam chorego z powiększonym nerwem i pokazuję go, sama dotykam, to ci, którzy boją się dotknąć, w końcu muszą się przełamać. Widzą, że ja dotykam, więc w końcu oni też próbowali to zrobić. Wstydzili się pokazać, że się boją. A jak już jeden, drugi raz dotkną, to ten strach w końcu mijał…
| oceń artykuł: |
|
4.8/5 (11) |
| poprzedni | następny | wróć |
|
|
dodaj komentarz
|
- Tam, gdzie rodził się Kościół
-
Dzieje początków Kościoła podważają wszelkie matematyczne obliczenia i rachuby. Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu garstka gorliwie wierzących uczniów Jezusa, szerząc naukę Mistrza z Nazaretu, odmieniła cały świat, wprawiając tym samym w zdumienie nie tylko swoich prześladowców, ale i późniejszych badaczy fenomenu Kościoła.
więcej » - Wierzę w Ducha Świętego
-
Przedstawiany symbolicznie w postaci białej gołębicy, języków ognia, świetlanych promieni Duch Święty jest prawdziwą zagadką. Otrzymywany na chrzcie świętym dyskretnie towarzyszy człowiekowi w jego życiu i decyzjach. W sakramencie bierzmowania otwieramy się świadomie na Jego działanie, a współpracy z Nim uczymy się przez całe życie. Kim jest, gdzie jest, jak działa?
więcej » - Matczyny szturm do nieba
-
Wywodzą się z wielu kultur, wyznań i krajów. Na całym świecie, raz w tygodniu, kobiety z ruchu Matki w Modlitwie (Mothers Prayers) spotykają się, by w ciszy i skupieniu powierzać Bogu na modlitwie swoje dzieci i wnuki.
więcej » - Sklep innych wartości
-
– Arka to taki sklep, w którym towary poustawiane według wartości pieniądza niepełnosprawni poprzestawiali na swój unikalny sposób – usłyszała od Jeana Vanier, pomysłodawcy L’Arche (Arka), Aleksandra „Ala” Nawrocka. I zapragnęła mieć własny sklep.
więcej » - Kiedy pierwsza spowiedź?
-
Czy pierwsza spowiedź święta powinna być już przed Pierwszą Komunią Świętą? – To pytanie, które pojawiało się ostatnio w mediach, może niektórych szokować, innym natomiast da okazję do kontestowania sakramentu pojednania lub wołania: zmieńmy dotychczasową praktykę!
więcej » - Nowomowa czy język Ewangelii?
-
Niewielu jest takich ludzi, którzy w sposób zupełnie świadomy i dobrowolny pragną czynić zło, krzywdzić innych ludzi i samych siebie, łamać normy moralne czy lekceważyć własne sumienie. Mimo to byli, są i będą tacy ludzie i takie środowiska, które promują złe, a w konsekwencji destrukcyjne sposoby postępowania.
więcej » - Łączyć trzy wymiary
-
Rozmowa z dyrektorem i odpowiedzialnym za wspólnotę L’Arche Rafałem Ślusarczykiem ze Śledziejowic koło Krakowa, gdzie powstała pierwsza wspólnota w Polsce
więcej » - WEJDŹ NA ŚWIĘTĄ GÓRĘ!
-
W ciągu wieków nazywano Ją różnie: Przedziwną Matką Cudów, Pocieszycielką Gostyńską, Matką Świętej Nadziei. Zawsze jednak z wielką ufnością zwracano się do Niej po pomoc i wstawiennictwo, gdyż nie pozostaje obojętna na prośby swoich dzieci.
więcej » - Łowiczak, niewolnik Służebnicy
-
Rozmowa z biskupem pomocniczym diecezji łowickiej Józefem Zawitkowskim, wybitnym poetą, kompozytorem, nietuzinkowym i skromnym człowiekiem, obchodzącym półwiecze kapłaństwa i 30-lecie posługi w Łowiczu
więcej » - Zapytaj katolika
-
Przyznawać się otwarcie do swojej wiary, umiejętnie bronić katolickich zasad czy sensownie zabierać głos w ważnych społecznie tematach związanych z Kościołem wcale nie jest łatwo. Zwłaszcza w mediach. Oni to potrafią!
więcej »
Tematy numeru:
- Aktualności
- Nagroda dla "Przewodnika"
- Społeczeństwo
- Krajobraz po rewolucji
- Cyberkracja
- Książka feministki pomoże w walce z pornografią


drukuj













