dzisiaj jest: sobota, 26.05.2012 | Imieniny:
Przewodnik Katolicki 16/2007 » Temat numeru »

Wyspiarze z wyboru?

autor: Michał Bondyra
Są dobrze wykształceni, łączy ich podobny wiek i to, że wyemigrowali na Wyspy Brytyjskie i do Irlandii. Tu jednak podobieństwa między nimi się kończą, bo emigracyjna droga każdego z nich była i jest inna.

Gosia i Tytus: inwestycja w siebie i lepszy start
Mają po 28 lat. Ona to ekonomistka z Elbląga, on politolog z Grudziądza. Do Anglii wyemigrowali ponad dwa lata temu już jako małżeństwo. – Wyjazd od początku traktowaliśmy jako inwestycję, nie było w tym żadnej ideologii ani obrażenia się na Polskę. Głęboko wierzyliśmy, że w ten sposób zwiększamy swoje szanse na trudnym w tym okresie polskim rynku pracy. Jechaliśmy po doświadczenie, język i... fundusze na dobry start w naszym kraju – przekonuje Tytus.

Pierwsze pół roku w ich przypadku to adaptacja do nowej rzeczywistości. Wtedy to Gosia i Tytus w Playmouth znaleźli pracę w kasynie. – Tamten czas poświęciliśmy na doszkolenie języka, bo z racji kiepskiej sytuacji w mieście wiele szkół oferowało darmowe kursy. Chodziłam na konwersacje, wspólnie zrobiliśmy też CAE – wspomina tamten okres Gosia.

Później przyszedł etap drugi – dwa miasteczka pod Londynem. Ponad półtora roku spędzone w Langley i Burnham oboje komentują krótko: wykorzystaliśmy go maksymalnie – cytryna została wyciśnięta. To tam wyrobili sobie świetną renomę u swoich angielskich pracodawców.

Gosia pracując na lotnisku Heathrow dla spedytora i agenta celnego, specjalizującego się w przewozie żywych zwierząt, współpracowała z DEFRA - odpowiednikiem Ministerstwa Rolnictwa. Składała deklaracje celne, pomagała wypełniać dokumenty, tłumaczyła całe procedury wwozu zwierząt na Wyspy. Jak wspomina, praca ta wymagała precyzji i szybkiego podejmowania decyzji, przez co była bardzo stresująca. Pracodawca bardzo ją cenił, płacił jak Anglikom i często pytał: Czy nie mógłbym mieć 20 takich Małgoś?

Tytus, 28 lat, politolog: Od początku nasz wyjazd traktowaliśmy jako inwestycję, nie było w tym żadnej ideologii ani obrażenia się na Polskę. Jechaliśmy po doświadczenie, język i... fundusze na dobry start w naszym kraju


Tytus z kolei okres ten przepracował jako sales administrator w największej w Anglii firmie brokerskiej Bussines Training Partnership – pośredniku w sprzedaży i organizacji szkoleń na terenie całego kraju. Zajmował się m.in. wyszukiwaniem najlepszych ofert na rynku, negocjowaniem cen szkoleń oraz organizacją konferencji w imieniu klientów. – Byłem całkowicie niezależny, a pod koniec pracy byłem odpowiedzialny za ponad połowę zysku naszego zespołu – wyjaśnia młody politolog.

Mimo świetnych perspektyw kariery i życia przed kilkoma miesiącami wrócili do Polski. – W Anglii przeszkadzała nam obłuda, zanik wartości i co najdziwniejsze w kraju z taką historią – brak szacunku dla tradycji – wyjaśnia Tytus. – Do tego dorzuciłabym brak ambicji i nastawienie na ciągłą zabawę – dodaje Gosia. Oboje są zgodni, że choć na Wyspach zarabiali krocie, a pracodawcy nawet po ich przyjeździe do kraju jeszcze wielokrotnie namawiali ich do powrotu, wrócili bo, jak podkreśla Tytus „kapitał finansowy i ten w naszych głowach pomoże nam na lepsze życie w Polsce”.

Dziś mieszkają w Sopocie. Ona zarabia porównywalne pieniądze w firmie spedycyjnej w Trójmieście, on inwestuje w nieruchomości. Powrotu nie żałują, ale czy wyjazd na emigrację był dla nich niezbędny? – Jeszcze raz zrobilibyśmy dokładnie to samo, bo wyjazd pozwolił docenić nam wiele wydawałoby się oczywistych rzeczy i związanych z nimi wartości takich, jak: ojczyzna, rodzina czy wiara – dodają.

Asia i Lidka: brytyjskie połowy
Do 30-tki też brakuje im po dwa lata. Asia to tłumacz pochodzący z opolskiej wioski Niemysłowice, Lidka – magister ekonomii poznańskiej Akademii Rolniczej z Myszkowa. Choć diametralnie się różnią, łączy ich to, że żyją niedaleko Londynu, a wybrankami ich serc są obywatele brytyjscy.

Asia w stolicy Anglii jest już od czterech i pół roku, a jak wspomina, przyjechała tu tylko na studia. – Właśnie otrzymałam dyplom z wyróżnieniem na Westminister Uniwersity w Londynie – mówi z dumą. Na początku studiując pracowała na pół etatu w sklepie, dziś od poniedziałku do piątku jest zatrudniona w firmie, rekrutującej wysoko wykształconych inżynierów.

Asia, 28 lat, tłumacz: Pracuję w branży, gdzie wykształceni Polacy są bardzo cenieni, szczególnie ci po studiach inżynierskich. Tu nie jest ważne, skąd jesteś, ale jaką masz osobowość i siłę przebicia


- Mam brytyjskie wykształcenie, więc na angielskim rynku pracy nie czuję się dyskryminowana, choć gdybym kształciła się w Polsce, byłoby tak samo, bo pracuję w branży, gdzie wykształceni Polacy są bardzo cenieni, szczególnie ci po studiach inżynierskich. Tu nie jest ważne, skąd jesteś, ale jaką masz osobowość i siłę przebicia – wyjaśnia. Nie czuje się jak emigrant. - Radzę sobie jak każdy inny, chodzę do pracy, płacę podatki i rachunki, tak samo jak byłoby to w Polsce. Nie czuję się gorsza od Anglików ani też bardziej od nich poszkodowana – mówi. Jak sama przyznaje, większość dnia pochłania jej właśnie praca, ale po niej znajduje czas dla przyjaciół, znajomych, no i oczywiście Jonja – narzeczonego Brytyjczyka rodem z Filipin. - Nasz ślub jest za niespełna trzy miesiące i odbędzie się w Polsce, bo tu jest mój dom i rodzina, a Anglia to adres zamieszkania – mówi z przekonaniem. Na weselu w rodzinnych Niemysłowicach nie zabraknie oczywiście rodziny narzeczonego z Filipin i Austrii, ale też i znajomych z Londynu.

Czy powrót z brytyjskim mężem na stałe do Polski jest w ogóle możliwy? – W Londynie planujemy pomieszkać jeszcze kilka lat. Potem chcemy wrócić w moje rodzinne strony, bo choć nie mam na co narzekać, tęsknię za naszą kulturą i wartościami, których Anglikom najzwyczajniej w świecie brakuje – mówi z przekonaniem. A Jonjo? – On jest zakochany w Polsce, szczególnie w naszym jedzeniu – kończy ze śmiechem.

Lidka w podlondyńskim High Wycombe mieszka już ponad trzy lata. Kontakty z Anglią w jej przypadku rozpoczęły się także od studiów. Kilka razy wyjeżdżała na praktyki sezonowe, zbierając truskawki, pomidory i kwiaty. To właśnie „w kwiatach” cztery lata temu poznała swojego narzeczonego – Andego, menedżera szklarni. – Gdybym nie on, to nie wiem, czy znalazłabym się tutaj – wyznaje szczerze.

Chcieli mieszkać nad morzem. Nie dostali jednak kredytu i plany muszą odłożyć w czasie. Dziś mają mieszkanie w Wycombe, a Lidka do pracy w Londynie ma godzinę drogi samochodem. - Pracuję w 3663, w siedzibie głównej firmy dystrybuującej żywność, jako asystent kupiecki. - Zajmuję się generalnie administracją, prowadzę też trochę negocjacji – wyjaśnia. Wcześniej chodziła wraz z koleżanką z Polski na kursy języka, dziś nie ma na to po prostu czasu. Praca i dom pochłaniają jego lwią część, stąd kontakty ze znajomymi siłą rzeczy ograniczyła do niezbędnego minimum. Na szczęście rekompensuje jej to narzeczony i część rodziny, którą tutaj sprowadziła. – Tata pracuje w szklarni i bardzo mu się tutaj podoba. Wcześniej pracował na budowie w Czechach, więc teraz chwali sobie to, że praca jest lżejsza, a ludzie milsi. W szklarni pracuje też moja siostra, która sprowadziła męża z dziećmi. Ich pociechy chodzą teraz do angielskich szkół. Rodzina nie planuje na razie powrotu – ucina.

Choć pracuje na dobrym stanowisku, zarabia niezłe pieniądze, to czasem czuje się dyskryminowana. – Może wpływa na to mój akcent, który jeszcze nie jest taki, jak być powinien – wyznaje.

Co z planami? - Kupujemy dom, więc niedługo czeka nas przeprowadzka. Od tego, ile pieniędzy pochłonie, uzależniamy dalsze palny – wyznaje. A w tych jest miejsce na działkę z domem w Polsce i własny, rodzinny interes w branży ogrodniczej. – W przyszłości chciałabym wrócić do kraju, ale Andy nie chce uczyć się polskiego – dodaje.

Mateusz i Ania: po zarobek i doświadczenie
Oboje to poznaniacy. Ona trzy lata starsza, polonistka. On inżynier sanitarny. Ich wspólny mianownik to: Zielona Wyspa, czyli Irlandia.

Mateusz, 27 lat, inżynier sanitarny: Wyjazd był swoistym przetarciem w życiu, była to pierwsza praca i od razu za granicą. Pobyt był wyzwaniem w gotowaniu, liczeniu na siebie, radzeniu sobie w różnych, czasem nawet bardzo trudnych, sytuacjach


Zaraz po odebraniu dyplomu Mateusz dostał pracę w zawodzie w poznańskiej filii irlandzkiej firmy Mercury. Pracodawca krótko potem wysłał go na staż do Dublina, do swojej głównej siedziby. Przez pół roku wynajmując mieszkanie pracował na budowie Intela i przygotowywał oferty oraz sprawdzał różnego rodzaju projekty w biurze firmy. - Wyjazd do Irlandii był swoistym przetarciem w życiu, była to pierwsza praca i od razu za granicą. Pobyt był wyzwaniem w gotowaniu, liczeniu na siebie, radzeniu sobie w różnych, czasem nawet bardzo trudnych sytuacjach – wspomina. Mateusz bardzo podszkolił swój angielski, nabrał pewności siebie i poznał uroki Zielonej Wyspy. Dziś znów pracuje w Polsce, ale jak podkreśla, pracodawca bardziej go ceni. - Być może w przyszłości byłbym skłonny żyć tam przez dłuższy okres lub nawet na stałe. A co z barierami? – Irlandczycy są bardzo życzliwi, mają też spokój i niezbędny dystans do wielu spraw – przekonuje, dodając że ogromna liczba naszych rodaków sprawia, że Irlandia stała się bardzo „polska”.

Potwierdza to mieszkająca od ponad roku w Limericku Ania. – Mamy tu polskie sklepy, polską obsługę w banku, polski kościół. Niedługo otwarte zostanie polskie centrum medyczne – wylicza. Do emigracji skłoniła ją chęć kupna mieszkania, bo z redaktorskiej pensji nie byłaby w stanie sobie na to pozwolić. Jak przyznaje, w tym 80-tys. mieście ponad 10 tys. to Polacy, najczęściej młodzi, którzy tak jak ona przyjechali, by się dorobić, i którzy, jak ona najczęściej niestety nie pracują w zawodzie. – Pracuję na tzw. weekend shiftach, 12 godzin dziennie składając laptopy w amerykańskim Dellu. Praca jest stresująca i uciążliwa, ale zarabiać trzeba – dodaje. Zamierza zostać tu jeszcze dwa, może trzy lata, a później wrócić, kupić mieszkanie i pracować jako pedagog w jednym z poznańskich liceów. Choć bardzo tęskni za rodziną, przyjaciółmi i wszystkim tym, co polskie, wie, że ten okres, jak mówi, potrzebny jest jej, „by wiele spraw widzieć ostrzej i jaśniej”.

Gosia i Tytus, Asia i Lidka oraz Mateusz i Ania na Wyspach zdobyli olbrzymią wiedzę, doświadczenie, pewność siebie – a więc to, czego nie sposób przeliczyć na żadne pieniądze. Wyjeżdżając, choć z różnych powodów, przezwyciężyli strach i najróżniejsze bariery, które postawiło przed nimi życie. Bogatsi w to wszystko, bardzo dynamicznie wrócili lub dopiero powrócą do Polski, by tu kontynuować to, czego nauczył ich wielki świat.
poprzedni   |   następny wróć
  • Seks po Bożemu
  • „To nie po katolicku nie czerpać przyjemności z seksu i nie mieć na niego ochoty”. I kto to mówi? Włoscy kardynałowie i biskupi. Czy to jakiś przewrót obyczajowy? Wcale nie, to jedynie pokazuje, jak niewiele wiemy o poglądach Kościoła na temat seksu małżeńskiego.    „Ciekawe, skąd się biorą dzieci w wielodzietnych rodzinach katolickich....więcej »
  • Katolicka Kamasutra?
  • Z o. Ksawerym Knotzem, kapucynem, duszpasterzem małżeństw, autorem książki „Akt małżeński. Szansa spotkania z Bogiem i współmałżonkiem”, rozmawia Natalia Budzyńska      Paweł VI w encyklice „Humanae vitae" określił, że seks małżeński jest w moralności katolickiej nierozdzielnie złączony z aktem prokreacji. Czy należy przez...więcej »
  • Wszyscy jesteśmy Judaszami?
  • Najczęstsze zdrady, o jakich się mówi to zdrada małżeńska i zdrada stanu, czyli ojczyzny. Zbyt często jednak lekceważymy i „odpuszczamy” sami sobie nasze małe, codzienne zdrady, które bywają równie niebezpieczne, jak te wielkie i spektakularne.    Praojcem i archetypem zdrady jest Judasz Iskariota. Pojawia się na kartach wszystkich czterech Ewangelii....więcej »
  • Posługi liturgiczne dla każdego?
  • Chrześcijanin ma być człowiekiem gotowym do posługiwania innym, nawet gdyby świat drwił sobie z takiej postawy. Na czym więc polega posługiwanie? Na bezinteresownym oddaniu się wielkiej sprawie, szlachetnej idei.    Czynimy to na wzór Pana Jezusa, “cierpiącego Sługi  Jahwe”, który przyszedł na świat nie po to, aby Mu służono, lecz by samemu...więcej »
  • Sydney czeka
  • Można zadać pytania, czy w świecie, w którym cuda nauki święcą triumfy, czy ktokolwiek powinien jeszcze wierzyć w Boga? W świecie, gdzie bycie prawym wydaje się być postawą nieatrakcyjną, czy ktokolwiek powinien słuchać nauki Kościoła? Te pytania będą „unosiły się” nad sześciodniowym festiwalem znanym jako Światowe Dni Młodzieży, który swym rozmachem...więcej »
  • WYJDZIEMY Z GRUPY!
  • Z Wojciechem Łobodzińskim, popularnym „Łobo”, o eliminacjach, mistrzostwach Europy i trenerze Beenhakkerze rozmawia Michał Bondyra. Mijający sezon przyniósł Ci nie tylko mistrzostwo Polski z Wisłą Kraków, ale i awans z reprezentacją do finałów piłkarskich mistrzostw Europy. Który z tych sukcesów jest dla Ciebie cenniejszy? – Mój...więcej »
  • Dzieci dzieciom i światu
  • Papieskie Dzieło Misyjne Dzieci istnieje w 110 krajach świata i od 165 lat wspiera rówieśników z krajów misyjnych codzienną modlitwą, ofiarą oraz wyrzeczeniami. Nie spoczywa na laurach, tylko dalej rozwija się dynamicznie zarówno w Europie, jak i w Ameryce Południowej, a także w Afryce i Azji. Wszystkiemu winien biskup z Francji Okazuje się, że czasem pewne...więcej »
  • Niewidoczna, niezapłacona i niedoceniona
  • Mam to szczęście, że po pierwsze, pochodzę z rodziny wielodzietnej, a po drugie, moja mama pracowała w domu. Była zawsze wtedy, kiedy jej potrzebowałam. Dzięki temu nie zaznałam smaku żłobka, przedszkola czy szkolnych świetlic ani traumy bycia dzieckiem z „kluczem na szyi”. Być może wówczas kobietom łatwiej było dokonywać wyboru między pracą domową a zawodową,...więcej »
  • Wielkie podzielenie
  • Podobno w Chinach jest dziś więcej chrześcijan niż członków partii komunistycznej. I co wynika z tego stwierdzenia? Dokładnie nic: ci pierwsi nadal są obywatelami drugiej kategorii, a ci drudzy panami ich życia i śmierci. Przy okazji zbliżającej się wielkimi krokami olimpiady w Pekinie, wiele mówi się również o łamaniu praw człowieka przez chiński reżim komunistyczny....więcej »
  • Mam też i inne owce, które muszę przyprowadzić...
  • 1 maja w diecezji Nanchong, w prowincji Syczuan w południowych Chinach, to - jak co roku - dla wszystkich katolików wielkie święto. Dzień ten poświęcony jest Matce Bożej. Przygotowania do uroczystości trwają od kilku dni. Wierni gorliwie przystrajają trasę procesji i plac, na którym odbędzie się Msza św. W tym roku święto maryjne poprzedziło niezwykle nabożeństwo....więcej »
right
left
Nagroda im. Wł. Pietrzaka dla Przewodnika Katolickiego