- Z frontu walki o "kulturę osobistą"
-
Uważajmy na to, co mówimy na Białorusi. Bo w ciągu jednej doby możemy tam zostać aresztowani, osądzeni i skazani – w najlepszym przypadku na karę grzywny – za przeklinanie w miejscu publicznym. A to, że akurat nie wypowiedzieliśmy żadnego niecenzuralnego słowa, nie ma w tym przypadku najmniejszego znaczenia. Taka właśnie sytuacja spotkała Andżelikę Borys, szefową nieuznawanego...więcej »
- Najdłuższa wojna nowoczesnej Azji
-
Pół wieku musiało minąć, nim dwa zwaśnione państwa jednego narodu podpisały wreszcie pokój kończący długoletnią bratobójczą wojnę. Jednak pomimo zawarcia historycznego porozumienia obie Koree, Północną – komunistyczną i Południową – kapitalistyczną, dzielą nadal lata świetlne w poziomie rozwoju gospodarczego, zakresie otwarcia na świat, nie mówiąc już o istniejącej...więcej »
- Mnisi na barykadach
-
Chociaż od kilkudziesięciu lat Birmą rządzi krwawa wojskowa junta, to jeszcze do niedawna tym dalekowschodnim krajem nie interesował się nawet pies z kulawą nogą. Ta obojętność zmieniła się nieco, kiedy w ostatnich dniach świat zobaczył pokojowo protestujących buddyjskich mnichów, brutalnie bitych na ulicach Rangunu. Tyle tylko, że za świętym oburzeniem Zachodu nie idą żadne konkretne...więcej »
- Człowiek z Petersburga
-
W ciągu jednej chwili rosyjski prezydent Władimir Putin wyciągnął z politycznego zaplecza zupełnie nieznanego człowieka, czyniąc z Wiktora Zubkowa osobistość numer dwa w państwie. Dziwne, prawda? Ale tylko do czasu, gdy przypomnimy sobie początki kariery politycznej samego Władimira Władimirowicza Putina. Nowy rosyjski premier był do tej pory szefem Federalnej Agencji ds. Monitoringu...więcej »
- Gul staje okoniem
-
Za każdym razem, kiedy turecki parlament wybiera prezydenta państwa, przypomina to opowiadanie się chorego między dżumą a tyfusem. W Turcji możliwe są jedynie dwa warianty: albo u władzy staje zdeklarowany islamista, albo też przechodzi ona w ręce kogoś, za kim stoi potężna kasta tureckich „świeckich” wojskowych. Niedawny wybór Abdullaha Gula na stanowisko prezydenta oznacza...więcej »
- Głód
-
W środku Europy znajduje się kraj, którego mieszkańcy nie mają dziś co jeść. Mołdawia staje w obliczu tak wielkiego kryzysu gospodarczego, że jego skutki mogą – zdaniem specjalistów – okazać się poważniejsze niż stalinowski Wielki Głód z 1946 roku. Według szacunków, z głodu zmarło wówczas 150 tysięcy Mołdawian. Katastrofalna susza, jaka nawiedziła tego lata Mołdawię...więcej »
- Strzał z kapiszona
-
Coraz częściej ulubionym narzędziem uprawiania polityki zagranicznej przez naszych wschodnich sąsiadów staje się szantaż. Tym razem Rosja grozi umieszczeniem pocisków rakietowych krótkiego zasięgu w bezpośrednim sąsiedztwie granicy z Polską... „Asymetryczna i skuteczna” – taka ma być według rosyjskiego wicepremiera Siergieja Iwanowa (na zdj. piewszy z prawej) odpowiedź...więcej »
- Rosjanin
-
Umarł Borys Jelcyn. Obejrzeliśmy w telewizji obowiązkowe obrazki pokazujące podpitego prezydenta Rosji, dyrygującego niemiecką orkiestrą wojskową, i wysłuchaliśmy opinii dość banalnych – o człowieku, który doprowadził do rozwiązania ZSRR i do wyboru Władimira Putina. Rzecz jasna, jeszcze trochę o rządach oligarchicznych, a potem informacje o śmierci Jelcyna szybko spadły...więcej »
- Jak Wiktor z Wiktorem
-
Naszą sąsiadkę Ukrainę dopadła choroba typowa dla dziecięcego wieku demokracji: skłócenie i rozczarowanie większości tamtejszego społeczeństwa. A to dolegliwość, z której się tak szybko nie leczy. Zwłaszcza zaś wtedy, gdy zwaśnione strony nie wykazują woli jakiegokolwiek kompromisu. Symptomy narastającego kryzysu widoczne były na Ukrainie już w dniach pamiętnej „pomarańczowej...więcej »
- Świat bez Husajna
-
W przedostatni dzień 2006 roku, krótko przed godziną 6 rano (4 rano czasu warszawskiego) w bazie wojsk irackich w szyickiej dzielnicy Bagdadu, Kazimija, powieszony został Saddam Husajn. W tym samym miejscu przez lata torturowano i stracono wiele ofiar jego zbrodniczego reżimu. W krótkiej relacji telewizyjnej nie pokazano samej egzekucji, ale poprzedzające ją chwile, w czasie których strażnicy...więcej »
dzisiaj jest: piątek, 25.05.2012 | Imieniny:
Ukraiński klucz |
autor: Jerzy Marek Nowakowski
Panie, czy pan jest prezydentem Polski czy Ukrainy? – zawołał ze zniecierpliwieniem jeden z polityków amerykańskich, kiedy Lech Wałęsa jako prezydent Polski prawie całą rozmowę z nim poświęcił przekonywaniu do zaangażowania USA w Kijowie. Ze współpracy z Ukrainą sztandar swojej prezydentury uczynił również Aleksander Kwaśniewski.
Kiedy jeden po drugim rozsypują się mity dotyczące wyjątkowo pozytywnej roli Aleksandra Kwaśniewskiego w polityce wewnętrznej i zagranicznej, to zwolennicy byłego prezydenta odpowiadają: no tak, może nie wszystko było idealne, ale nikt nie kwestionuje jego roli w walce o demokrację na Ukrainie. Podobnie Lech Kaczyński jako jeden z pierwszych celów swoich podróży obrał Kijów. W wystąpieniach programowych wszyscy polscy politycy jako jeden z najważniejszych celów naszej polityki zagranicznej wymieniają promocję europejskich ambicji tego państwa i bliską współpracę z Ukrainą.
Gaz wyborczy
Sam Kijów pełną parą szykuje się do wyborów parlamentarnych. Komentatorzy dość konsekwentnie podkreślają, iż wybory te mogą zadecydować o kierunku rozwoju państwa na najbliższe lata. Sam fakt, że wynik wyborów nie jest oczywisty, to już dobra wiadomość. Obszar postsowiecki charakteryzuje się bowiem „przewidywalnością” wyborów, czyli pełną kontrolą administracji nad procesami wyborczymi. Ukraina jest pod tym względem bliższa standardów zachodnich. Bliższa nie znaczy jednak bliska. Nieproporcjonalnie wielką rolę w ukraińskim życiu publicznym odgrywają bowiem związki polityki i biznesu, zwane w tamtejszym żargonie politycznym „oligarchicznymi”. Coraz więcej sygnałów wskazuje na to, że kolejny układ oligarchiczny tworzy się wokół prezydenta Wiktora Juszczenki.
Powodem do niepokoju stały się uznane początkowo za sukces Ukrainy umowy gazowe z Rosją. Kiedy zakończył się konflikt Kijowa i Moskwy, grożący przerwaniem dostaw gazu ziemnego do zachodniej Europy, wszyscy odetchnęli z ulgą. Mijały tygodnie i dziwaczna umowa, która sprowadza się do tego, że Rosjanie sprzedają gaz ponad dwa razy drożej, niż kupuje go Ukraina (odpowiednio 230 i 95 dolarów za 1000 metrów sześciennych), zaczęła odsłaniać swoje drugie dno.
Po pierwsze, nie jest to jedna umowa, a siedem różnych dokumentów, które premier ukrywał nawet przed ministrami swojego rządu. Po wtóre, Ukraina zgodziła się na bardzo długo obniżyć ceny za tranzyt rosyjskiego gazu przez swoje terytorium; po trzecie wreszcie największe w Europie zbiorniki gazu znajdujące się na zachodzie Ukrainy będą odtąd wykorzystywane przez rosyjski Gazprom. W zamian Ukraińcy uzyskali możliwość tańszego kupowania gazu, ale tylko przez pół roku i to koniecznie za pośrednictwem dziwnej firmy stworzonej przez Rosjan i Austriaków, a zarejestrowanej w Szwajcarii. Sprawa pachnie układem korupcyjnym na kilometr. A ukraińscy politycy za niekorzystną umowę oskarżają prezydenta. Motywy podnoszone w tej krytyce są dwa. Polityczny, czyli chęć uspokojenia nastrojów przed wyborami za pomocą rzekomego sukcesu negocjacyjnego, oraz korupcyjny, czyli chęć nieuczciwego wzbogacenia się ze strony urzędników Juszczenki.
Podobnie kłopotliwa okazuje się rozmowa dotycząca rurociągu z Odes sy do Gdańska. Był to jeden z najważniejszych problemów podczas wizyty Lecha Kaczyńskiego. Ale przy zachęcających deklaracjach politycznych trudno nie dostrzec, że jak na razie ukraińska część rurociągu jest wykorzystywana przez Rosjan do tłoczenia ropy w kierunku Morza Czarnego, a na dodatek potencjalny dostawca ropy dla tego rurociągu, czyli Kazachstan, ma wielce ograniczone możliwości zwiększenia dostaw na Ukrainę i dalej do Polski. Wreszcie, nasz polski rurociąg z Płocka do Gdańska jest również wynajmowany firmom rosyjskim i z Gdańska płynie w świat rosyjska ropa. Polska na tym zarabia, a jest obawa, że dopóki Ukraina nie zagwarantuje źródeł dostaw, to do inwestycji Odessa-Gdańsk trzeba będzie nieustannie dopłacać.
Wąskie pole manewru
Dla wszystkich miłośników tak zwanej czystej polityki wywód zamieszczony powyżej będzie nudnym wyliczaniem rzeczy nieistotnych. W rzeczywistości jednak współczesną polityką rządzi w dużo większym stopniu pieniądz i rachunek zysków oraz kwestie handlu ropą i gazem niż same piękne idee. Kiedy Ukraińcy zarzucają Wiktorowi Juszczence, iż upodabnia się do swojego poprzednika, postkomunisty Leonida Kuczmy, i że dał się otoczyć kolejnej grupie oligarchów zbijających majątek na polityce, zapewne mają rację. Zapominają tylko, że pole manewru Ukrainy jest niesłychanie wąskie. Bo oczywiście lepiej jest płacić ceny rynkowe za surowce. Lepiej z powodów politycznych. Tyle że wzrost cen energii sprawi, że ukraiński eksport na zachód stanie się za chwilę nieopłacalny. Ukraińska stal z Donbasu była niesłychanie konkurencyjna, gdyż produkowano ją przy bardzo niskich kosztach pracy i energii. Podobnie jest zresztą z sukcesami gospodarczymi Łukaszenki na Białorusi. Bez rosyjskich dotacji (bo czym innym są niskie ceny surowców?) obu naszych sąsiadów dotknie ciężki kryzys ekonomiczny. A wtedy niemający pracy ludzie zagłosują na tego, kto poprowadzi Ukrainę z powrotem ku Rosji. Już teraz prognozy wyborcze dają największe szanse na sukces Partii Regionów Wiktora Janukowycza, rywala wyborczego Juszczenki, popieranego przez Rosję.
Od tego, czy zwolennikom zbliżenia Ukrainy do Zachodu uda się wygrać wybory (a polski prezydent apelował o odbudowę obozu pomarańczowej rewolucji), zależy, czy ryzykując polityczną klęskę, poprowadzą swój kraj do NATO, a potem UE, czy nie. Kiedy obywatele się zorientują, jak wysoka jest cena realnej niepodległości, mogą odwrócić się od własnego państwa. Polskie złudzenie, że Ukraina na trwałe związała się już z Zachodem, może okazać się dla nas niezwykle kosztowne.
Kijowska fatamorgana
Czy wobec tego powinniśmy zostawić Ukrainę samą sobie? Absolutnie nie. Zasadnicza linia polskiej polityki wobec tego państwa jest słuszna. Natomiast trzeba mieć świadomość, iż sami tego wozu nie uciągniemy. Kluczową rolę w budowaniu ukraińskiej niepodległości muszą odegrać Waszyngton i Bruksela. Jeśli Stany Zjednoczone i Unia Europejska rzeczywiście skoncentrują się na realnej pomocy dla Ukrainy, to „pomarańczowi” mają szansę, jeśli nie, to Kijów kolejny raz znajdzie się na łasce i niełasce Moskwy. Z tego punktu widzenia determinacja w przypominaniu Amerykanom, że Ukraina jest kluczem do demontażu postsowieckiego zagrożenia dla stabilności Europy, jest jak najbardziej na miejscu. Z kolei Unia Europejska powinna stworzyć dla Ukrainy jasne kryteria członkostwa. Tymczasem niedawno komisarz Günter Verheugen wystąpił z wizją przyszłej Europy do roku 2026. I nie znalazł w niej miejsca dla Ukrainy. Polskim zadaniem powinno być stworzenie tak mocnej koalicji proukraińskiej w UE, by podobne wyskoki nie były możliwe.
Ukraina jest kluczem do konstrukcji przyszłej Europy, a także kluczem do zmiany polityki Rosji. Ta bowiem, niczym w XIX wieku, swoją potęgę chce budować na ekspansji terytorialnej. Ostateczne przecięcie możliwości opanowania Ukrainy skłoni Moskwę do reform wewnętrznych, bo skoro Rosjanie nie zamierzają rezygnować z mocarstwowości, to nie mając szans na powrót do Kijowa, będą zmuszeni do reform wewnętrznych. A kiedy zniknie miraż ekspansji, okaże się, że konieczna jest reforma rosyjskiej gospodarki i rosyjskiego społeczeństwa. Ukraina jest kluczem do Białorusi i Mołdowy. Generalnie można powiedzieć, iż jest kluczem do przyszłej Europy i przyszłej Rosji. Na razie jednak klucz jest mocno zardzewiały i nie udaje się nim niczego otworzyć.
Kiedy jeden po drugim rozsypują się mity dotyczące wyjątkowo pozytywnej roli Aleksandra Kwaśniewskiego w polityce wewnętrznej i zagranicznej, to zwolennicy byłego prezydenta odpowiadają: no tak, może nie wszystko było idealne, ale nikt nie kwestionuje jego roli w walce o demokrację na Ukrainie. Podobnie Lech Kaczyński jako jeden z pierwszych celów swoich podróży obrał Kijów. W wystąpieniach programowych wszyscy polscy politycy jako jeden z najważniejszych celów naszej polityki zagranicznej wymieniają promocję europejskich ambicji tego państwa i bliską współpracę z Ukrainą.
Gaz wyborczy
Sam Kijów pełną parą szykuje się do wyborów parlamentarnych. Komentatorzy dość konsekwentnie podkreślają, iż wybory te mogą zadecydować o kierunku rozwoju państwa na najbliższe lata. Sam fakt, że wynik wyborów nie jest oczywisty, to już dobra wiadomość. Obszar postsowiecki charakteryzuje się bowiem „przewidywalnością” wyborów, czyli pełną kontrolą administracji nad procesami wyborczymi. Ukraina jest pod tym względem bliższa standardów zachodnich. Bliższa nie znaczy jednak bliska. Nieproporcjonalnie wielką rolę w ukraińskim życiu publicznym odgrywają bowiem związki polityki i biznesu, zwane w tamtejszym żargonie politycznym „oligarchicznymi”. Coraz więcej sygnałów wskazuje na to, że kolejny układ oligarchiczny tworzy się wokół prezydenta Wiktora Juszczenki.
Powodem do niepokoju stały się uznane początkowo za sukces Ukrainy umowy gazowe z Rosją. Kiedy zakończył się konflikt Kijowa i Moskwy, grożący przerwaniem dostaw gazu ziemnego do zachodniej Europy, wszyscy odetchnęli z ulgą. Mijały tygodnie i dziwaczna umowa, która sprowadza się do tego, że Rosjanie sprzedają gaz ponad dwa razy drożej, niż kupuje go Ukraina (odpowiednio 230 i 95 dolarów za 1000 metrów sześciennych), zaczęła odsłaniać swoje drugie dno.
Po pierwsze, nie jest to jedna umowa, a siedem różnych dokumentów, które premier ukrywał nawet przed ministrami swojego rządu. Po wtóre, Ukraina zgodziła się na bardzo długo obniżyć ceny za tranzyt rosyjskiego gazu przez swoje terytorium; po trzecie wreszcie największe w Europie zbiorniki gazu znajdujące się na zachodzie Ukrainy będą odtąd wykorzystywane przez rosyjski Gazprom. W zamian Ukraińcy uzyskali możliwość tańszego kupowania gazu, ale tylko przez pół roku i to koniecznie za pośrednictwem dziwnej firmy stworzonej przez Rosjan i Austriaków, a zarejestrowanej w Szwajcarii. Sprawa pachnie układem korupcyjnym na kilometr. A ukraińscy politycy za niekorzystną umowę oskarżają prezydenta. Motywy podnoszone w tej krytyce są dwa. Polityczny, czyli chęć uspokojenia nastrojów przed wyborami za pomocą rzekomego sukcesu negocjacyjnego, oraz korupcyjny, czyli chęć nieuczciwego wzbogacenia się ze strony urzędników Juszczenki.
Podobnie kłopotliwa okazuje się rozmowa dotycząca rurociągu z Odes sy do Gdańska. Był to jeden z najważniejszych problemów podczas wizyty Lecha Kaczyńskiego. Ale przy zachęcających deklaracjach politycznych trudno nie dostrzec, że jak na razie ukraińska część rurociągu jest wykorzystywana przez Rosjan do tłoczenia ropy w kierunku Morza Czarnego, a na dodatek potencjalny dostawca ropy dla tego rurociągu, czyli Kazachstan, ma wielce ograniczone możliwości zwiększenia dostaw na Ukrainę i dalej do Polski. Wreszcie, nasz polski rurociąg z Płocka do Gdańska jest również wynajmowany firmom rosyjskim i z Gdańska płynie w świat rosyjska ropa. Polska na tym zarabia, a jest obawa, że dopóki Ukraina nie zagwarantuje źródeł dostaw, to do inwestycji Odessa-Gdańsk trzeba będzie nieustannie dopłacać.
Wąskie pole manewru
Dla wszystkich miłośników tak zwanej czystej polityki wywód zamieszczony powyżej będzie nudnym wyliczaniem rzeczy nieistotnych. W rzeczywistości jednak współczesną polityką rządzi w dużo większym stopniu pieniądz i rachunek zysków oraz kwestie handlu ropą i gazem niż same piękne idee. Kiedy Ukraińcy zarzucają Wiktorowi Juszczence, iż upodabnia się do swojego poprzednika, postkomunisty Leonida Kuczmy, i że dał się otoczyć kolejnej grupie oligarchów zbijających majątek na polityce, zapewne mają rację. Zapominają tylko, że pole manewru Ukrainy jest niesłychanie wąskie. Bo oczywiście lepiej jest płacić ceny rynkowe za surowce. Lepiej z powodów politycznych. Tyle że wzrost cen energii sprawi, że ukraiński eksport na zachód stanie się za chwilę nieopłacalny. Ukraińska stal z Donbasu była niesłychanie konkurencyjna, gdyż produkowano ją przy bardzo niskich kosztach pracy i energii. Podobnie jest zresztą z sukcesami gospodarczymi Łukaszenki na Białorusi. Bez rosyjskich dotacji (bo czym innym są niskie ceny surowców?) obu naszych sąsiadów dotknie ciężki kryzys ekonomiczny. A wtedy niemający pracy ludzie zagłosują na tego, kto poprowadzi Ukrainę z powrotem ku Rosji. Już teraz prognozy wyborcze dają największe szanse na sukces Partii Regionów Wiktora Janukowycza, rywala wyborczego Juszczenki, popieranego przez Rosję.
Od tego, czy zwolennikom zbliżenia Ukrainy do Zachodu uda się wygrać wybory (a polski prezydent apelował o odbudowę obozu pomarańczowej rewolucji), zależy, czy ryzykując polityczną klęskę, poprowadzą swój kraj do NATO, a potem UE, czy nie. Kiedy obywatele się zorientują, jak wysoka jest cena realnej niepodległości, mogą odwrócić się od własnego państwa. Polskie złudzenie, że Ukraina na trwałe związała się już z Zachodem, może okazać się dla nas niezwykle kosztowne.
Kijowska fatamorgana
Czy wobec tego powinniśmy zostawić Ukrainę samą sobie? Absolutnie nie. Zasadnicza linia polskiej polityki wobec tego państwa jest słuszna. Natomiast trzeba mieć świadomość, iż sami tego wozu nie uciągniemy. Kluczową rolę w budowaniu ukraińskiej niepodległości muszą odegrać Waszyngton i Bruksela. Jeśli Stany Zjednoczone i Unia Europejska rzeczywiście skoncentrują się na realnej pomocy dla Ukrainy, to „pomarańczowi” mają szansę, jeśli nie, to Kijów kolejny raz znajdzie się na łasce i niełasce Moskwy. Z tego punktu widzenia determinacja w przypominaniu Amerykanom, że Ukraina jest kluczem do demontażu postsowieckiego zagrożenia dla stabilności Europy, jest jak najbardziej na miejscu. Z kolei Unia Europejska powinna stworzyć dla Ukrainy jasne kryteria członkostwa. Tymczasem niedawno komisarz Günter Verheugen wystąpił z wizją przyszłej Europy do roku 2026. I nie znalazł w niej miejsca dla Ukrainy. Polskim zadaniem powinno być stworzenie tak mocnej koalicji proukraińskiej w UE, by podobne wyskoki nie były możliwe.
Ukraina jest kluczem do konstrukcji przyszłej Europy, a także kluczem do zmiany polityki Rosji. Ta bowiem, niczym w XIX wieku, swoją potęgę chce budować na ekspansji terytorialnej. Ostateczne przecięcie możliwości opanowania Ukrainy skłoni Moskwę do reform wewnętrznych, bo skoro Rosjanie nie zamierzają rezygnować z mocarstwowości, to nie mając szans na powrót do Kijowa, będą zmuszeni do reform wewnętrznych. A kiedy zniknie miraż ekspansji, okaże się, że konieczna jest reforma rosyjskiej gospodarki i rosyjskiego społeczeństwa. Ukraina jest kluczem do Białorusi i Mołdowy. Generalnie można powiedzieć, iż jest kluczem do przyszłej Europy i przyszłej Rosji. Na razie jednak klucz jest mocno zardzewiały i nie udaje się nim niczego otworzyć.
Autor był dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, w latach 1997-2001 podsekretarz stanu i główny doradca premiera ds. zagranicznych, obecnie komentator międzynarodowy tygodnika „Wprost”
| poprzedni | następny | wróć |
Tematy numeru:
- Aktualności
- Nagroda dla "Przewodnika"
- Społeczeństwo
- Krajobraz po rewolucji
- Cyberkracja
- Książka feministki pomoże w walce z pornografią


drukuj













