![]() |
||||||
autor: Małgorzata Szewczyk
Czytając „Beskidzkie rekolekcje” dr Wandy Półtawskiej, podążając szlakiem rekolekcyjno-pamiętnikarskim, nie sposób zagłuszyć w sobie prośby o przyzwolenie poznania przede wszystkim Tego, który rozedrze niebiosa, aby nam powiedzieć, czym jesteśmy w Jego oczach (por. Iz 63, 19).
„Dziecko mojej duszy” Pytanie o to, kim jest człowiek, tak głęboko zakorzenione i przenikające wnętrze Autorki, nurtujące ją po koszmarnych przeżyciach obozu koncentracyjnego Ravensbrück, gdzie poddana była operacji doświadczalnej, pojawiające się kilkadziesiąt razy w tym swoistym pamiętniku z rekolekcji wakacyjnych, ze szlaków górskich („te wycieczki to były właściwie zawsze głębokie rekolekcje”, jak sama napisze) znalazło rezonans w księdzu, który wszedł bocznym wejście do kościoła Mariackiego „i po chwili klęczenia przed krzyżem poszedł do bocznej kaplicy Matki Bożej Ostrobramskiej” i który podczas spowiedzi młodej wówczas kobiecie, ogarniętej lękiem i niepokojem, powiedział: „Przyjdź rano na Mszę św., przychodź co dzień”. Był to ks. Karol Wojtyła. Tak oto rozpoczęła się niezwykła przyjaźń całej rodziny Półtawskich, a przede wszystkim rodzaj powiernictwa, przewodnictwa duchowego Duśki, pokrewieństwa dusz (jak sam Wojtyła powie o Duśce: „Dziecko mojej duszy, urodzone”), dzielenia tych samych poglądów na temat świętości życia, nadto modlitwy, refleksji, medytacji i lektury książek zabieranych na wspólny czas biwakowania, rozmów, kontemplacji Boga w przyrodzie najpierw z księdzem, potem biskupem, kardynałem, wreszcie Papieżem Janem Pawłem II. Przyjaźń, modlitwa i lektura trwające do ostatnich dni życia Brata, jak sam o sobie mówił. „Od początku mojej przyjaźni z ks. Karolem Wojtyłą pisałam do niego, a raczej dla niego moje myśli, bo mieliśmy tradycję wspólnego rozmyślania rano po Mszy św. Ks. Wojtyła wybierał tekst, nad którym rozmyślaliśmy w ciągu dnia i omawialiśmy go wieczorem. Ale gdy ktoś z nas wyjeżdżał, on pisał dla mnie teksty, a ja ze swej strony pisałam, co myślę na dany temat – trochę tak jak «zadanie domowe» – w zeszycie, który mu dawałam po spotkaniu. Czytał to zawsze i niekiedy robił swoje uwagi...”. Zapiski Publikacja wzbogacona zeskanowanymi listami Wojtyły, fotografiami z rodzinnego albumu autorki podzielona jest na kilka części. W niezwykle intymnej, osobistej książce autorka odsłania przed czytelnikiem sprawy, jak sama mówi „bardzo prywatne”, pokazuje tropy, drogi, umożliwia odkrycie głębokich treści wiary, nadziei i miłości, do których dochodziła pokonując niekiedy swoją słabość, odkrywając i godząc się na swoją małość, poddając się woli Bożej, w prostocie serca wyrażając lęk „przed Bożą wszechmocą i przed konsekwencjami Bożej miłości”, jak zapisała po cudownym uzdrowieniu, za wstawiennictwem Ojca Pio, na prośbę Brata, z choroby nowotworowej. Jej zapiski, opatrzone datą, w zamyśle autorki niemające stać się rodzajem biografii, stanowią niezwykłe świadectwo wewnętrznego dojrzewania do pełnej jedności z Chrystusem, do przyjęcia Jego ofiary, a także odkrycia swego powołania apostolstwa, obok małżeńskiego i rodzicielskiego. Myliłby się ten, kto uważałby, że autorka nie przeżywała rozterek jako żona i matka, że nie cierpiała, gdy niedziele poświęcała na pracę w duszpasterstwie rodzin, zamiast spędzać ten czas z własnymi dziećmi. Z wielkim przekonaniem, uporem i wytrwałością, naznaczona doświadczeniami z wojennej przeszłości, obrazami mordowania przez Niemców noworodków, od których trudno się uwolnić, oddała się walce o obronę życia, zwłaszcza nienarodzonych, zaangażowała się w poradnictwo rodzinne, w szerzenie idei świętości rodziny. Tym wszystkim dzieliła się z Bratem, a on obdarzył ją ogromnym zaufaniem. Powierzył jej organizację Instytutu Teologii Rodziny przy krakowskim Wydziale Teologii, potem na akademii Teologicznej w Krakowie. Wykładała medycynę pastoralną w krakowskim seminarium, a także w Instytucie Jana Pawła II przy Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie. W 1983 została członkiem Papieskiej Rady Rodziny, a 11 lat później Papieskiej Akademii Życia. O co chodzi? Ale ta książka odsłania również osobę kierownika duchowego, jego notatki z rozmyślań, „który czyta wszystko, porobi znaki, zrobi małą syntezę”, jego pełne troski o przyjaciół i ich rodzinę listy, słowa pozdrowienia, empatii i zapewnienia o swej pamięci, jego duchowość mistyka, pośrednika, a także duszpasterskie pragnienie opieki nad tymi, których Bóg postawił na jego drodze, i więzów przyjaźni między kobietą a kapłanem. Ich myśli i refleksje niejako przenikają się i uzupełniają, korelują ze sobą, kompensują, co nie jest oczywiście bez znaczenia w obliczu żywego wciąż zamieszania medialnego, ognia krytyki, wokół publikacji, nie tylko na gruncie polskim. Cała sprawa przypomina burzę w szklance wody. O co tak naprawdę chodzi? Być może nie wszyscy zrozumieli lekcje, których udzielał nam Szukającym taniej sensacji w interpretowaniu tej relacji, przekazującym półprawdy, niekiedy wyrwane z kontekstu zdania, a także domniemaniom jakoby miałaby ona zaszkodzić procesowi beatyfikacyjnemu Jana Pawła II, pragnę przypomnieć, że na pytanie dr Półtawskiej, „czy spalić te notatki?”, Papież odpowiedział: „Szkoda”. Całość „Beskidzkich rekolekcji”, z wyjątkiem ostatniego rozdziału, o czym pisze we wstępie abp Józef Michalik, została przeczytana i zaaprobowana przez Jana Pawła II. W tej kwestii wypowiedział się również dyrektor generalny Wydawnictwa Edycja Świętego Pawła, wydawcy książki, zapewniając, że „rękopis «Beskidzkich rekolekcji» przed publikacją został przedstawiony Postulacji Generalnej Procesu Beatyfikacyjnego Jana Pawła II w Rzymie i nie zgłaszano obiekcji odnośnie do publikacji tych materiałów”. Fakt ten potwierdził m.in. ks. H. Fokciński z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w rozmowie z KAI. Świadectwo Miesiąc temu miałam możność wysłuchania świadectwa dr Wandy Półtawskiej na temat osoby Karola Wojtyły - Jana Pawła II, świadectwa niezwykle prawdziwego, mocnego, przemawiającego nie tylko słowem, wspomnieniem, ale zwartego w swym przekazie, klarownego, któremu towarzyszyło głębokie przekonanie, że „ludzie mają prawo znać swoich świętych, ich życiorysy”, że ks. Karol Wojtyła, spotkany w konfesjonale kościoła Mariackiego „żył Bogiem”, „nie siebie chciał ludziom dać, ale doprowadzić ich do Chrystusa niejako poprzez siebie, a nie do siebie”... Jej wyprostowana sylwetka, ascetyczna wprost postawa, mimo wieku i bagażu doświadczeń, cierpienia, które jej towarzyszyło, budzi nieukrywany podziw i rodzi pytanie, co jest wciąż źródłem jej siły? Autorka dała odpowiedź w swej książce: codzienna Eucharystia i modlitwa. Oddając prawdę faktom, warto przyznać, że mimo otwartej postawy Jana Pawła II wobec każdego człowieka, nie każdy miał możność podtrzymywania tak bliskich i trwałych relacji z Papieżem. Przypominam, że kierownictwo duchowe, jakiego podjął się ks. Wojtyła wobec Wandy Półtawskiej, zaczęło się w konfesjonale i trwało pół wieku. Patrząc oczami wiary, nie można zaprzeczyć, jakoby nie połączyła ich również skłonność do obcowania z Niewypowiedzianym, umiejętność dostrzegania piękna, a także troska o świętość ludzkiego życia i miłości wyrażające się w sprzeciwie wobec aborcji czy antykoncepcji. „Każdy jego krok był modlitwą [...], jego zapatrzone spojrzenie pełne podziwu dla piękna przyrody, było zapatrzeniem w Stwórcę”. Więź, która połączyła tę kobietę, lekarkę, żonę i matkę z dwoma kapłanami nieprzeciętnego formatu, która żyła niejako między nimi, otoczona ich modlitwą i wstawiennictwem, która doznała cudownego uzdrowienia, i która wciąż świadczy o ich życiu i posłudze, jest silniejsza od tej widzialnej. Być może wielu z nas powinno otworzyć „furtkę pokory, [która] prowadzi do tajemnicy daru” i podjąć refleksję nad myślą Mauriaca, że „ufność, jaką inni w nas pokładają, wskazuje nam naszą drogę”...
|