dzisiaj jest: czwartek, 24.05.2012 | Imieniny:
Przewodnik Katolicki 43/2011 » Młodzież »

By kopali piłkę, nie kolegę

autor: Michał Bondyra

Był obiecującym bramkarzem gdańskiej Lechii. Jego karierę zdusiła brutalnie w zarodku kontuzja. Zamiast użalać się nad złym losem, Piotr Klecha zaczął pomagać siedzącym po bramach i podwórkach chłopakom. Piłkarskiego bakcyla połknęła większość z nich.

 

 

Gminny Ośrodek Sportu i Rekreacji w Luzinie na Kaszubach jest imponujący. Wszystko tu lśni rozmachem i nowoczesnością. I tętni życiem. Co roku odbywa się tu ponad dwadzieścia imprez. – Mamy dziesięć zespołów ligi sołeckiej, 20 ekip amatorskiej ligi halowej, 14 drużyn ligi siatkarskiej, 11 teamów ligi dziecięcej. Są też seniorskie zespoły A-klasy. Organizujemy też kaszubską paraolimpiadę – wymienia jednym tchem Piotr Klecha, dziś dyrektor tego fantastycznego ośrodka. Warto dodać, że za udział w żadnej z nich dzieciaki nie płacą. – Jestem wrogiem „kasowania” dzieci za grę w piłkę. Nie chodzi o to, by osiągały one jakieś wielkie sportowe wyniki, najważniejsze by ci młodzi ludzie konstruktywnie spędzali czas: by kopali piłkę, nie kolegę, niezależnie od tego, jak zasobny portfel mają rodzice – dodaje.
To ostatnie zdanie świetnie definiuje jego podejście do piłki, jako antidotum na demoralizującą nudę i ważny filar zdrowych zasad wychowania. Ale jego droga od bramkarza, któremu zawaliła się kariera, do szefa nowoczesnego ośrodka sportu wcale nie była łatwa. Jedną z jej ścieżek był też Kościół.
 
Łękotka i gronkowiec
Atletyczny, liczący nieco powyżej 185 cm wzrostu 38-latek to dziś poważny pan dyrektor. Gdy jednak zaczynamy rozmawiać o chłopakach i piłce, łatwo dostrzec w jego oku błysk. Błysk charakteryzujący człowieka mogącego godzinami opowiadać o swojej pasji, którą mimo upływu lat wciąż żyje.
Piłkę zaczął kopać jako 9-latek. Dwa lata wcześniej został ministrantem. To było u cystersów w Gdańsku Oliwie. – Piłka, kościół i jeszcze to nazwisko Klecha, to wszystko gdzieś się mieszało – śmieje się. Jego kariera piłkarska nabierała rozpędu, a mały Piotrek zdobywał z juniorami gdańskiej Lechii dwa medale Mistrzostw Polski Juniorów. – Ocierałem się już wtedy o tę dużą piłkę – mówi, dodając że po drodze były też i różne inne atrakcje. – Przez nie człowiek nie zawsze się na tej piłce skupiał – przyznaje. To były lata 90. XX w. Zdążył jeszcze zaliczyć mecz w bramce pierwszej drużyny Lechii. – To była druga liga. Wtedy przypałętała mi się kontuzja. Łękotka. Nic strasznego, ale na stole operacyjnym dostałem gronkowca – wraca do początków obiecującej kariery. To ten pasożyt zatrzasnął mu drzwi do podboju ligowych boisk. Miał zaledwie 21 lat.
Dwa lata przed kontuzją wraz z kolegą ministrantem Olafem Dramowiczem i cystersem o. Wiesławem Rymarczykiem założyli klub Olivia. Klub istnieje do dziś, a w jego herbie wciąż jest Matka Boża na drzewku oliwnym. – Początki były strasznie trudne. Chłopaki nie umieli grać, nie wiedzieli nawet, w którą stronę kopnąć piłkę – śmieje się. – Z Olivią do dziś związany jest Olaf (jest prezesem klubu – przyp. MB), a w klubie jest 8 grup młodzieżowych: 250 dzieciaków, grających na naprawdę przyzwoitym poziomie – kontynuuje.
 
To nie jest trudna młodzież
Tczew od Gdańska dzieli 35 km. To tam w 1998 r. na długie sześć lat zakotwiczył Piotr Klecha. Nowe miejsce dało okazję do zaprezentowania swych umiejętności w lokalnej Unii, potem Wiśle. Pozwoliło też na pokazanie innych zdolności. Dwudziestokilkuletni Piotr tworzył grupy sportowo-profilaktyczne. Zaczął zaglądać na podwórka, na które bali się wchodzić w ciągu dnia inni. Podchodził do wyrostków, którzy całe swoje życie wiązali z trzepakiem, połamaną ławką, piwem i papierosami. Gdy jednak nazywam ich trudną młodzieżą, Piotr się zżyma. – Nie chcę tak o nich mówić. Jak jeden czy drugi dziś to usłyszy, to będzie mu przykro, a po co? – patrzy na mnie z wyrzutem. Niektórzy z tych z Tczewa grają dziś w trzeciej lidze. – Gdzieś się w tej piłce zakochali i chcieli w niej zostać, no i się im udało – rzuca z zadowoleniem. Z piłką swego życia raczej nie wiążą za to chłopacy z Wejherowa – następnego przystanku w życiu Piotra. Tam także jako – jak sam o sobie mówi – pedagog ulicy zaczął odwiedzać ciemne zaułki miasta. Odwiedzał miejsca, gdzie gromadzili się młodzi ludzie, i zachęcał, by zamiast pić tanie wino, pobiegali za piłką. Piotr tak dziś wspomina doświadczenia sprzed dziewięciu lat: „Zawsze szedłem do nich z piłką pod pachą. Nie miałem ułożonych scenariuszy rozmowy – to był <<spontan>>. A ponieważ sam dużą część dzieciństwa spędziłem na ulicy, nie miałem z tym problemów. Wiedziałem, jak się po ich terenie poruszać, jak zachowywać. Ze względu na swą budowę fizyczną nie bałem się też ich reakcji. Poza tym język piłki jest uniwersalny: 90 proc. z nich połknęło bakcyla”. Nie od razu i nie wszyscy. W Wejherowie – mówi Klecha – stworzyła się akurat „grupa mało sportowa”. – Chodziłem do ich domów, na klatki, na działki i wyciągałem ich na różne zajęcia. Organizowałem im bezpłatne wejścia na salę komputerową, basen, tenis, kręgle. Za strzelnicę musieli płacić „złotówkę” – wyjaśnia. Z początkowej grupy kilkorga zdemoralizowanych nudą chłopaków szybko zrodził się kilkudziesięcioosobowy kolektyw.
 
Nie było niczego
Tak naprawdę w pięciu wioskach nie było niczego. Łąki, na nich sklecone naprędce, z koślawych desek bramki i szmaciana piłka, która częściej wlatywała do pobliskiego stawu niż do „świątyń” stojących vis a vis bramkarzy. – Tak było w Barłominie, Wyszecinie, Luzinie, Kębłowie i Robakowie. Tam byłem tylko ja i piłka – wspomina swoje początki w pomorskiej gminie Luzino. Niezapomniany był też jeden z pierwszych meczów. „Przyszły dwie wioski, które nie pałały do siebie sympatią – opowiada Piotr. Mieli pałki w plecakach, bo jak ich ojcowie szli na wioskę, to też je mieli. Myśleli, że tak trzeba”. Powoli zaczął tłumaczyć im, że nie przyszli się bić, a grać w piłkę. Znów się udało. – Po roku ci, którzy nie mogli na siebie patrzeć, do turnieju wystawili wspólną drużynę – zaskakuje. A liczba uczestników w podwórkowych zawodach rosła w zawrotnym tempie. Dwanaście miesięcy później z turnieju pięciu wiosek zrobiły się zawody, w których uczestniczyli chłopacy z 50 wsi! – Graliśmy już wtedy na hali. Było rewelacyjnie. A zasięg był ogromny. Z oddalonego o 54 km od Luzina Charbrowa chłopaki jechały cztery godziny. Na rowerach. Szli też pieszo. Podobnie z innych wiosek: Lęborka, Cewic, Rozłazina, Bożegopola, Strzebielina, ale i Wejherowa, Rumi, Redy czy Gniewina. Jedna ekipa wzięła nawet piłkarza z młodej ekstraklasy, bo chciała się wzmocnić – śmiech w głosie ustępuje na chwilę miejsca nostalgii: „szkoda, że te turnieje umknęły nam gdzieś w naszej pracy”. Piotr Klecha cieszy się, że w zorganizowanej przez niego lidze sołeckiej co tydzień biega wielu z tych, którzy ten turniej tworzyli, a którzy dziś w sporcie zostali. Zostali, bo znaleźli alternatywę dla wina, papierosów, trzepaków, działek i bram. Znaleźli też człowieka, który tę alternatywę im pokazał. Nie chcąc nic w zamian. Całkowicie za darmo.
oceń artykuł:
0/5 (0)
poprzedni   |   następny wróć
Komentarze dodaj komentarz
  • Już za chwilę, już za moment...MIŁOŚĆ CIĘ ZNAJDZIE?!
  • Coraz mniej dni dzieli nas od XVI spotkania na Polach Lednickich. Trwają już ostatnie przygotowania do wielkiego tegorocznego wydarzenia w obecności młodych z całej Polski i nie tylko. Lednica, której patronką będzie święta siostra Faustyna Kowalska, to wielkie święto wiary, nadziei i miłości u źródeł chrzcielnych Polski.

    więcej »
  • Filmoteka młodego człowieka
  •   Film, niekoniecznie amerykański, kino, niekoniecznie komercyjne. Profesjonalnie przygotowana edukacja filmowa wkracza do polskiej szkoły.

    więcej »
  • Przyszłość zależy od miłości
  •   Wrzesień 2011 roku. Uroczy, drewniany kościółek w Tylicach pod Nowym Miastem Lubawskim wypełniony jest odświętnie ubranymi ludźmi. Przy ołtarzu młoda para. Patrząc na tę scenę można pomyśleć, że to po prostu zwykły ślub. Ale nie, to młodzi sięgnęli po Wojtyłę i... robią film.

     

    więcej »
  • Miłosierdzie na nowo odkryte.
  •   Ostatnio ktoś zapytał mnie, czy forma Lednicy już się nie wyczerpała. Pytanie poniekąd zrozumiałe, bowiem zadane w kontekście spotkania, które odbywać się będzie, w tym roku, już po raz szesnasty. Doświadczam jednak tak wielkiego entuzjazmu młodych ludzi z całej Polski, że nie mam odwagi nawet zająknąć się w odpowiedzi na tego typu pytania.

    więcej »
  • Walka trwa
  • Wielki Post był czasem zastanowienia się nad swoim życiem i odkrywania słabości, które nie pozwalają nam iść wytrwale za Jezusem. Wielu w tym czasie podjęło duchową walkę z grzechami. Niestety, czterdzieści wielkopostnych dni już minęło, a pokusy i słabości wciąż powracają. 

    więcej »
  • Na ratunek złapanym w sieci
  •   Chcesz przemówić do rozsądku młodym? Wykorzystaj to, czym żyją na co dzień. Taką zasadą kierowali się twórcy kampanii społecznej „Dbaj o fejs”.

    więcej »
  • Ucieczka z piekła
  • – Nie ma takich pieniędzy, za które zgodziłabym się wrócić do poprzedniego życia – mówi „Przewodnikowi Katolickiemu” Ania Golędzinowska, była włoska modelka i gwiazda telewizji, która się nawróciła i zamieszkała we wspólnocie zakonnej w Medjugorie

    więcej »
  • W przyszłości osiągnę coś wielkiego
  •   Jest ich już ponad 2,5 tysiąca w całej Polsce. Pakuję więc plecak i wyruszam na spotkanie stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Następna stacja: Opole.

    więcej »
  • Trzy kroki ku Lednicy
  • „Miłość Cię znajdzie” – pod takim hasłem 2 czerwca odbędzie się XVI Spotkanie Młodych LEDNICA 2000. Prowadzeni przez św. s. Faustynę, stawiamy kolejne kroki na drodze przygotowań, by ostatecznie dać się porwać Bożemu Miłosierdziu.

    więcej »
  • Papierowe dzieło Boże
  • Był czerwiec ubiegłego roku. W Krakowie pojawili się chłopcy z ciężkimi pudłami. Roznosili po uczelniach, akademikach i stołówkach kolejne numery nowego i innego niż wszystkie pisma studenckiego. Innego, bo katolickiego.

    więcej »
right
left
Nagroda im. Wł. Pietrzaka dla Przewodnika Katolickiego