- Nawrócenie ma sens
-
Z Michałem Lorencem, laureatem nagrody Totus 2011, kompozytorem muzyki do filmów i spektakli teatralnych, rozmawia
Dominik Górny
więcej » - W stronę ikony
-
W pięćsetletnim monasterze w Supraślu od kilku lat można oglądać najbogatszą w Polsce kolekcję ikon. Ciekawa aranżacja i chóralny śpiew cerkiewny sprawiają, że ikona działa na nasze zmysły i – przede wszystkim – na naszą duchowość.
więcej » - Coś cenniejszego
-
To nie tak miało się skończyć. Nie śmierć miała postawić kropkę na końcu opowieści o Agacie Mróz-Olszewskiej, tam miały być trzy kropki po zdaniu „i żyli długo i szczęśliwie…”.
więcej » - Muzyka pod obraz
-
Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie jest w całości poświęcony muzyce tworzonej na potrzeby filmu. Odbywa się już po raz piąty i przyciąga do stolicy Małopolski światową elitę. Przy okazji będzie można przekonać się, jak muzyka wzbogaca obraz i czy broni się sama.
więcej » - Od źródeł do eksperymentu
-
Festiwal Nowa Tradycja pokazuje dwa oblicza polskiej muzyki ludowej, oba dalekie od tak zwanej cepeliady. Z jednej strony muzykę korzenną i archaiczną, z drugiej – żywiołowe inspiracje z dodatkiem improwizacji i eksperymentu.
więcej » - Zakaz kopiowania Jezusa
-
Pojawiają się i znikają, aby znowu po jakimś czasie wrócić, jakby nie były wcześniej dyskutowane. Tak można w skrócie określić obecność niektórych tematów w polskim dyskursie społecznym. Tematów, dotykających na różne sposoby religijnej sfery życia człowieka w zderzeniu z codziennością.
więcej » - Siła przeciwieństw
-
Czy biały, bogaty mieszkaniec Paryża może mieć coś wspólnego z ciemnoskórym złodziejaszkiem z przedmieść stolicy Francji? Najnowszy francuski komediodramat Nietykalni udowadnia, że tak, i to niemało...
więcej » - Uratować Pompeje
-
Powtarzany przez lata żart archeologów, że Pompeje ginęły dwukrotnie, ostatnio przestał być śmieszny. Faktycznie jesteśmy świadkami tego, że starożytne miasto rozpada się na oczach turystów. Finansowy zastrzyk z Unii Europejskiej powinien uratować Pompeje.
więcej » - Uwierzyć. Na dotyk
-
z Grzegorzem Górnym i Januszem Rosikoniem, autorami książki ŚWIADKOWIE TAJEMNICY. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych, rozmawia Łukasz Kaźmierczak
więcej » - Festiwal nadziei
-
Jeden z nielicznych międzynarodowych katolickich festiwali filmowych i najprawdopodobniej jedyny na świecie festiwal multimedialny w Niepokalanowie nie otrzymał w tym roku żadnego finansowego wsparcia od Ministerstwa Kultury i Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.
więcej »
dzisiaj jest: czwartek, 24.05.2012 | Imieniny:
Klerykał fiction |
autor: Natalia Budzyńska
Polska literatura science fiction nie wierzy w naukę i cuda techniki. Wierzy za to w Boga, czego dowodem jest powieść „Quo vadis. Trzecie tysiąclecie” tajemniczego Martina Abrama.
Potoczna wizja literatury fantastycznej to świat pełen maszyn, robotów, latających spodków, strzelających laserów i innych cudów techniki. Rozumując logicznie, w SF jest miejsce tylko na wiarę w naukę, ale do czego ta nauka prowadzi? „2001: Odyseja kosmiczna” Arthura C. Clarke`a to tylko jeden z przykładów sprzed lat na podkreślenie jej bezcelowości. Również w polskiej literaturze SF w pewnym momencie dał się zauważyć brak wiary w moc nauki, skoro najwybitniejsi naukowcy dopuszczali istnienie Pana Boga. A jednak bardzo długo Bóg nie był lubiany przez polską fantastykę. Parapsychologia, okultyzm, bogowie Wschodu – wszystko to jeszcze mogło mieścić się w ramach SF, w końcu fantasy opiera się na tego typu walkach duchowych dobra ze złem. Ale żeby Bóg biblijny albo, co jeszcze dziwniejsze – Bóg chrześcijański, Jezus Chrystus, Kościół? A jednak takie zmiany zaczęły zachodzić w polskiej SF, można powiedzieć „lawinowo” w latach 90-tych, tak, że powstała dla nich odpowiednia szufladka: klerykal fiction.
O młodej polskiej literaturze SF mówiło się wtedy, że jest „prawicowa” właśnie dlatego, że podejmuje tematy religijne, w których Kościół katolicki ze swoimi dogmatami i moralnością staje się wzorem i ostoją. „Religia jako temat fantastyki polskiej – 20 lat temu nie do pomyślenia” – dziwił jeden z krytyków na łamach pisma „Nowa Fantastyka”. Krytykom bowiem problem ten nie dawał spać, gorączkowo doszukiwali się powodów takiego stanu rzeczy. Jedni wiązali ten fakt z kontestacją polityczną Polski lat 80tych, bo środowisko SF zawsze było w opozycji. Ale przecież po przemianach roku ’89 Kościół przestał być modny dla opozycji. Opowiadanie Rafała Ziemkiewicza „Jawnogrzesznica” czy „Złota galera” Jacka Dukaja zdawały się być właśnie totalną krytyką Kościoła po przemianach polskiej rzeczywistości. Ale jednocześnie oba opowiadania, szczególnie Ziemkiewicza, są na wskroś przesycone treściami ewangelicznymi. W końcu krytycy doszli do wniosku, że być może rzeczywiście istnieje głód religii i poszukiwanie wiary w nieskazitelnej postaci jest w związku z tym normalne nawet u pisarzy SF. Wątki antyaborcyjne, wiara w osobowe istnienie Szatana, któremu zależy na grzechu, Kościół Jezusa Chrystusa – to przecież tematy nieobecne w polskiej beletrystyce lub skazane na określenie „ciemnogród”.
W większości tekstów SF Kościół przyszłości jest Kościołem prześladowanym. Schodzi do katakumb, jest niechciany przez świat, w którym żyją bohaterowie, jest „szkodliwy” i zakazany. Kościół prześladowany jest jednak Kościołem chwalebnym, tylko w nim może przetrwać żywa wiara. W opowiadaniu „Psychonautka” Wojtka Szydy, umierający mnich mówi: „Nasz Kościół, choć nieliczny, dlatego wciąż trwa, że jest prześladowany. Póki jego prawdy krwawią rozpięte na krzyżach, on jest czysty. Nie mamy bogactw, siły politycznej, żyjemy w ubóstwie. Dzięki temu trwa w nas duch...”.
Autentyczną wiarę pierwszych gmin chrześcijańskich zdolną zbawiać i ewangelizować pokazuje pierwsza powieść klerykal fiction „Quietus” Marka Inglota. Stworzył on historię alternatywaną: rzecz dzieje się w Cesarstwie Rzymskim w VII w., a chrześcijaństwo wcale nie jest religią panującą, lecz zakazaną.
Parę dni temu pojawiła się w księgarniach książka „Quo vadis. Trzecie tysiąclecie” autora ukrywającego się pod pseudonimem Martin Abram. Przeróbka powieści Henryka Sienkiewicza wydaje się ryzykowna, choć sam pomysł – świetny. Akcja dzieje się w 2112 roku, a normy, które rządzą światem, są może przerażające, ale... całkiem realne – wystarczy spojrzeć na świat dzisiejszy krytycznym okiem. Czyż ludzi łączy coś więcej, niż tylko pieniądze, czy nie jesteśmy wszyscy konsumentami, a centra handlowe to nasze nowe świątynie tłumnie odwiedzane w niedzielne przedpołudnia? Czy pornografia nie jest tylko erotyką pomagającą zwalczyć zahamowania, a onanizm wręcz zalecanym lekiem na kompleksy? Czy krzyż nie staje się przeszkodą dla wolności sumienia?
Może stanie się i tak, jak przepowiadają polscy fantaści: zejdziemy do katakumb i pani w szkole będzie stukała się w czoło, gdy moja córka odmówi lania wosku w Andrzejki (zresztą, tak jest już dziś) i może powrócimy do czasów pierwszych gmin chrześcijańskich: będziemy prześladowani. W końcu każdego chrześcijanina czeka męczeństwo, bo właśnie męczeństwo może zbawić świat. I to jest dobra nowina!
Potoczna wizja literatury fantastycznej to świat pełen maszyn, robotów, latających spodków, strzelających laserów i innych cudów techniki. Rozumując logicznie, w SF jest miejsce tylko na wiarę w naukę, ale do czego ta nauka prowadzi? „2001: Odyseja kosmiczna” Arthura C. Clarke`a to tylko jeden z przykładów sprzed lat na podkreślenie jej bezcelowości. Również w polskiej literaturze SF w pewnym momencie dał się zauważyć brak wiary w moc nauki, skoro najwybitniejsi naukowcy dopuszczali istnienie Pana Boga. A jednak bardzo długo Bóg nie był lubiany przez polską fantastykę. Parapsychologia, okultyzm, bogowie Wschodu – wszystko to jeszcze mogło mieścić się w ramach SF, w końcu fantasy opiera się na tego typu walkach duchowych dobra ze złem. Ale żeby Bóg biblijny albo, co jeszcze dziwniejsze – Bóg chrześcijański, Jezus Chrystus, Kościół? A jednak takie zmiany zaczęły zachodzić w polskiej SF, można powiedzieć „lawinowo” w latach 90-tych, tak, że powstała dla nich odpowiednia szufladka: klerykal fiction.
Ciemnogród
O młodej polskiej literaturze SF mówiło się wtedy, że jest „prawicowa” właśnie dlatego, że podejmuje tematy religijne, w których Kościół katolicki ze swoimi dogmatami i moralnością staje się wzorem i ostoją. „Religia jako temat fantastyki polskiej – 20 lat temu nie do pomyślenia” – dziwił jeden z krytyków na łamach pisma „Nowa Fantastyka”. Krytykom bowiem problem ten nie dawał spać, gorączkowo doszukiwali się powodów takiego stanu rzeczy. Jedni wiązali ten fakt z kontestacją polityczną Polski lat 80tych, bo środowisko SF zawsze było w opozycji. Ale przecież po przemianach roku ’89 Kościół przestał być modny dla opozycji. Opowiadanie Rafała Ziemkiewicza „Jawnogrzesznica” czy „Złota galera” Jacka Dukaja zdawały się być właśnie totalną krytyką Kościoła po przemianach polskiej rzeczywistości. Ale jednocześnie oba opowiadania, szczególnie Ziemkiewicza, są na wskroś przesycone treściami ewangelicznymi. W końcu krytycy doszli do wniosku, że być może rzeczywiście istnieje głód religii i poszukiwanie wiary w nieskazitelnej postaci jest w związku z tym normalne nawet u pisarzy SF. Wątki antyaborcyjne, wiara w osobowe istnienie Szatana, któremu zależy na grzechu, Kościół Jezusa Chrystusa – to przecież tematy nieobecne w polskiej beletrystyce lub skazane na określenie „ciemnogród”.
Podziemny Kościół
W większości tekstów SF Kościół przyszłości jest Kościołem prześladowanym. Schodzi do katakumb, jest niechciany przez świat, w którym żyją bohaterowie, jest „szkodliwy” i zakazany. Kościół prześladowany jest jednak Kościołem chwalebnym, tylko w nim może przetrwać żywa wiara. W opowiadaniu „Psychonautka” Wojtka Szydy, umierający mnich mówi: „Nasz Kościół, choć nieliczny, dlatego wciąż trwa, że jest prześladowany. Póki jego prawdy krwawią rozpięte na krzyżach, on jest czysty. Nie mamy bogactw, siły politycznej, żyjemy w ubóstwie. Dzięki temu trwa w nas duch...”.
Autentyczną wiarę pierwszych gmin chrześcijańskich zdolną zbawiać i ewangelizować pokazuje pierwsza powieść klerykal fiction „Quietus” Marka Inglota. Stworzył on historię alternatywaną: rzecz dzieje się w Cesarstwie Rzymskim w VII w., a chrześcijaństwo wcale nie jest religią panującą, lecz zakazaną.
„Quo vadis”
Parę dni temu pojawiła się w księgarniach książka „Quo vadis. Trzecie tysiąclecie” autora ukrywającego się pod pseudonimem Martin Abram. Przeróbka powieści Henryka Sienkiewicza wydaje się ryzykowna, choć sam pomysł – świetny. Akcja dzieje się w 2112 roku, a normy, które rządzą światem, są może przerażające, ale... całkiem realne – wystarczy spojrzeć na świat dzisiejszy krytycznym okiem. Czyż ludzi łączy coś więcej, niż tylko pieniądze, czy nie jesteśmy wszyscy konsumentami, a centra handlowe to nasze nowe świątynie tłumnie odwiedzane w niedzielne przedpołudnia? Czy pornografia nie jest tylko erotyką pomagającą zwalczyć zahamowania, a onanizm wręcz zalecanym lekiem na kompleksy? Czy krzyż nie staje się przeszkodą dla wolności sumienia?
Może stanie się i tak, jak przepowiadają polscy fantaści: zejdziemy do katakumb i pani w szkole będzie stukała się w czoło, gdy moja córka odmówi lania wosku w Andrzejki (zresztą, tak jest już dziś) i może powrócimy do czasów pierwszych gmin chrześcijańskich: będziemy prześladowani. W końcu każdego chrześcijanina czeka męczeństwo, bo właśnie męczeństwo może zbawić świat. I to jest dobra nowina!
Martin Abram
„Quo vadis. Trzecie tysiąclecie”
Fronda 2002
„Quo vadis. Trzecie tysiąclecie”
Fronda 2002
| poprzedni | następny | wróć |



drukuj













