Adres strony:  http://www.przewodnik-katolicki.pl/nr/kultura/60_lat_na_polskiej.html
Przewodnik Katolicki 15/2010 » Kultura »

60 lat na polskiej scenie

autor: Katarzyna Jarzembowska


 

Otoczona kochającą rodziną i wspierana tysiącami fanów pomaga także innym. Jest w stanie pojechać do ludzi mieszkających w barakach, odwiedzić chorych w szpitalu, wesprzeć polskich żołnierzy na misjach. Przywiązana do swoich korzeni i tradycji. Szczególne emocje wiążą ją z Wilnem, gdzie wraz z rodziną odrestaurowała ołtarz w kościele oo. Bernardynów. Maryla Rodowicz, jakiej nie znamy, bo – jak twierdzi – trudno jest mówić o sobie. W dodatku dobrze…

 

 

 

 

Na czym polega fenomen Maryli Rodowicz, która wciąż przyciąga tłumy, łączy pokolenia…?

- Myślę, że ten fenomen polega na wewnętrznej sile, na prawdzie, na dobrych tekstach, na dbałości o widza. Tak naprawdę trudno jest mówić o sobie – i to w dodatku dobrze.

 

W wielu wywiadach podkreśla Pani, że najważniejsza jest rodzina. Miało to swoje odzwierciedlenie w zjeździe Rodowiczów w Wilnie, gdzie wraz z rodziną odrestaurowała Pani ołtarz w kościele oo. Bernardynów…

- To, co się działo w Wilnie, to był odruch serca. Chodziło o kościół, z którym związana była moja mama, więc kiedy padło hasło „restauracja ołtarza”, od razu się zgodziłam. Oczywiście, mówiąc „rodzina”, mam na myśli tę najbliższą – mamę, męża, dzieci. To oni stawiają mnie do pionu. Dom jest dla mnie schronieniem – azylem, przynosi mi spokój.

 

Wilno jest więc dla Pani miejscem szczególnym?

- Wilno to miejsce, gdzie żyli moi przodkowie. Babcia, czyli mama mojej mamy, przyjechała z okolic Lidy jako młoda dziewczyna. Jej mąż, a mój dziadek, był charakteryzatorem w operetce. Ojciec pracował naukowo na uniwersytecie, zaś dziadek i jego rodzina to farmaceuci. To miasto mnie wzrusza, czuję jego mury. Czuję, że to moje korzenie…

 

Na Pani ostatniej – diamentowej płycie „Jest cudnie” znajduje się dużo tekstów o głębokiej treści, odnoszących się między innymi do Boga. Czy utożsamia się Pani z tym, co śpiewa?

- Zawsze miałam słabość do głębszych treści. Często sama potrafię się wzruszać tym, co śpiewam. Tekst jest dla mnie bardzo ważny, a moja publiczność to docenia.

 

Na swojej stronie internetowej pisze Pani: „W Trzebini pojechałam po koncercie do baraków, gdzie mieszkają ludzie bez pracy – w warunkach, jakich najgorszemu wrogowi nie życzę. Z dziećmi. Toalety na korytarzu w stanie opłakanym, woda zimna, nie mają łazienek. Jak się u nas traktuje ludzi, którzy stracili pracę, bo – na przykład – zamknięto kopalnię. Skandal”. „Takiej” Maryli raczej się nie pokazuje i nie promuje…

- Nie zapomniałam o barakach w Trzebini. Ciągle o tym myślę i kombinuję, gdzie uderzyć, żeby załatwić im ciepłą wodę i łazienki. Wierzę, że się uda.

 

Jest Pani również zaangażowana w akcje profilaktyczne. Brała Pani udział w kampanii „Rak to nie wyrok…”. Była Pani także gościem w Katedrze i Klinice Onkologii i Hematologii Akademii Medycznej we Wrocławiu…

- Jeżeli mój udział w akcjach charytatywnych może pomóc, to będę szczęśliwa, że mogę zrobić coś pożytecznego.

 

Organizowanych jest też wiele koncertów charytatywnych z Pani udziałem – między innymi na rzecz Caritas. Czy czuje Pani potrzebę serca, by brać udział w tego typu akcjach, czy to tylko „dbanie o wizerunek”?

- Ale tam! Wizerunek… Czuję, że muszę pomagać, nie mogę znieść ludzkiego nieszczęścia, zawsze chcę pomóc. Czasem się udaje.

 

Kim są fani dla Maryli Rodowicz?

- To ludzie, którzy chcą być blisko mnie. Piszą do mnie, np. na moją stronę internetową, są w kontakcie, jeżdżą na koncerty. To część tych, których znam osobiście, chociaż jest duże grono takich fanów, którzy nie wpisują się na stronie internetowej, a czuję ich wsparcie, aplauz na koncertach. Bez nich by mnie nie było. To moja armia, wspierają mnie, mogę na nich liczyć. Liczę się z ich zdaniem.

 

Co by Pani zrobiła, gdyby ponownie mogła przeżyć swoje życie? Wybrałaby Pani tę samą drogę?

- To takie gdybanie, które chyba nie ma sensu. Zwykle się odpowiada, że tak, robiłabym to samo. Jednak nie mamy takiej możliwości, żyjemy, robimy błędy, one nas czegoś uczą albo – jak w moim przypadku – niczego. Parę razy wchodziłam do budy złego psa, ale serie bolesnych zastrzyków nie odstraszyły mnie przed obdarzaniem zaufaniem zwierząt, ludzi, przed naiwnością. Taka jestem, nie kalkuluję, jestem spontaniczna. Może to jest tajemnica mojego sukcesu…

 

 

 

 

oceń artykuł:
0/5 (0)
poprzedni   |   następny wróć